Anodyne – Recenzja

Znowu to samo. Budzę się nie wiadomo gdzie, nic nie pamiętam. Każdy fragment rzeczywistości wygląda zupełnie inaczej niż… wróć, nie pamiętam „dotychczas”. W każdym razie wszystko wokół definitywnie sprawia wrażenie, jakbym widział to po raz pierwszy.Bezpański głos (mimo wszystko mam nadzieję, że dobiega spoza mojej głowy) mówi mi, gdzie mam iść i co robić. Zapowiada się kolejna niesamowita przygoda.

Anodyne 7

Po krótkiej chwili spotykam mędrca, który zleca mi misję. Świat stoi na krawędzi upadku i trzeba odnaleźć jakiegoś Briara. Poza tym standardowe „bla bla bla” – „wszystko w Twoich rękach, inaczej to koniec” i inne standardy wypowiedziane (wypisane?) z odpowiednią dozą patosu. Nie wiem o co chodzi, ale i tak w sumie nie mam nic lepszego do roboty. Rozglądam się dookoła. Parę mostów zawieszonych w pustce, przy nich zamurowane czarnym szkłem drzwi. Dużo drzwi. Szukam jakiegoś wyjścia. Muzyka, od dłuższego czasu wchodząca do moich uszu, zaczyna docierać do mojego serca. Przechodząc przez pierwsze otwarte drzwi, jestem już przepełniony melancholią i takim jakby lekkim smutkiem.

 

Ten smutek nie jest jakiś przeraźliwie duży. Po prostu jest, wywołany przez muzykę i minimalną liczbę napotykanych postaci. To tak jakby czuć gdzieś w środku pustkę, która nie pozwala się uśmiechnąć idąc przez ukwiecone łąki, tłumi strach, gdy przemierzamy katakumby i sprawia, że mamy w nosie grożące nam niebezpieczeństwa. A świat, który przyjdzie nam przemierzyć by osiągnąć cel składa się z wielu niesamowitych miejsc. Poza wspomnianymi wyżej jest też hotel, górskie szczyty, mars (lub coś podobnego) i wnętrze komputera. I wiele innych.

Anodyne 10

 

Akcję śledzimy z perspektywy rozsławionej przez GameBoyowe Pokemony. Czyli z lotu ptaka widzimy rozpikselowany świat, a w nim kwadraciki będące postaciami i wszystkimi innymi elementami krajobrazu. Chociaż w większości wypadków mamy do czynienia z otwartymi przestrzeniami, zawsze poruszamy się po, z braku lepszego słowa, pokojach. Czyli: kamera nie podąża za naszym bohaterem, dochodząc do krawędzi ekranu, jeśli tylko jest taka możliwość, przenosimy się na sąsiadujący skrawek terenu. Biorąc pod uwagę, że w większości wypadków mamy do czynienia z labiryntami, a do przejścia gry potrzebne są karty i klucze poukrywane w najróżniejszych zakamarkach, dużo czasu spędza się na eksploracji i kombinowaniu jak dojść do tego przycisku, żeby otworzyć tamtą bramę. Z pomocą na szczęście przychodzi mapa uzupełniana samoczynnie wraz z naszymi postępami. Można na niej w każdej chwili sprawdzić rozkład „pokoi” i połączeń między nimi.


 

Podczas podróży, poza próbą posklejania historii ze skrawków wyrytych na kamieniach, przyjdzie nam również poskakać między przepaściami i powalczyć. Nasz bohater ma do dyspozycji miotłę, którą może zadawać mordercze ciosy, jak również zbierać kurz przydatny podczas podróżowania po wodzie. Tą jedyną w swoim rodzaju broń można ulepszyć, zwiększając jej pole rażenia wzdłuż lub wszerz.

 

Świat, który zwiedzamy, zamieszkują najróżniejsze cuda, o których śni się w najdziwniejszych ze snów. Różnią się zarówno wytrzymałością na ciosy miotłą, jak również agresywnością i atakami, które opierają się albo na bezpośrednim kontakcie albo na miotaniu różnym śmiercionośnym śmieciem. Pozbycie się niemilców często jest warunkiem otworzenia drzwi w danym pokoju. Poza nimi przyjdzie nam się zmierzyć z bossami, w roli których występują tu tajemniczy strażnicy sprawujący pieczę nad danym terytorium. Są wielcy, wytrzymali i potężni – walka z nimi wymaga zręczności i pomyślunku. Zawsze też mają coś do powiedzenia, chociaż próżno tu oczekiwać jasnych wyjaśnień dotyczących historii. Ich natchnione monologi pełne są metafizycznych i depresyjnych dywagacji potęgujących nastrój smutku.

Anodyne 6

 

Jak już wspomniałem, graficznie i muzycznie mamy jedno wielkie nawiązanie do gier z wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Muzyka jest przyjemna dla ucha, nie nudzi, nie męczy i ma ogromny wkład w budowany nastrój. Pikselowa grafika cieszy oko, jest odpowiednio podrasowana, by dobrze się prezentować w wysokich rozdzielczościach i obudziła we mnie miłe wspomnienia. Wszystko to stanowi opakowanie przemyślanej i stworzonej z dbałością o szczegóły produkcji, w której da się poczuć ducha naśladowanych przez nią przodków. Kto zdecyduje się spróbować, ma przed sobą osiem godzin podróży na swój sposób magicznej i tajemniczej, trochę metaficzycznej, w którą łatwo wsiąknąć i którą niełatwo będzie zapomnieć. Osobiście polecam. Miotły w dłoń!

ZALETY:
5
WADY: