Blog: Ta moja seksowna, niezależna Inżynierka, mrrr…

Zgodnie z dzisiejszą obietnicą na Facebooku, postanowiłem pochylić się odrobinkę nad najważniejszą premierą ostatniego tygodnia, czyli „Torchlightem II”, produkcją studia Runic Games, która TOTALNIE ZMIAŻDŻYŁA „DIABLO III”, WCISNĘŁA MNIE W FOTEL I SPOWODOWAŁA, ŻE NIE MAM OCHOTY OPUSZCZAĆ MOJEJ ŚLICZNEJ, WYPASIONEJ INŻYNIERKI ZE ŚWIECĄCĄ… DZIDĄ!

Nie ukrywam, że gra mi się lekko, łatwo i przyjemnie (szczególnie, że mojej bohaterce towarzyszy, prócz purpurowego stwora będącego połączeniemVelociraptora i Emu, także robocik, który rozsiewa obszarowo swoje lecząco-manodajne fluidy), dzięki czemu kolejne hordy potworów padają jak muchy pod mą władczą dzidą, a ja mam czas na refleksje, z „T II” związane co najwyżej pośrednio.

Około 15 poziomu zacząłem się mianowicie zastanawiać, dlaczego wszystkie (bez wyjątku) branżowe media zgodnie założyły, że dość niepozorny w gruncie rzeczy h’n’s z całą pewnością należy do gier niezależnych. Jakże to?Objętościowo niewielka gierka z oprawą graficzną sprzed ładnych paru lat, stworzona przez skromny zespół, kojarzony tak naprawdę wyłącznie z „Torchlightem”, kładzie na łopatki „najbardziej oczekiwaną grę dekady” od najpotężniejszego dewelopera wszech czasów? Odpowiedź jest prosta: tak. Po prostu.

Czy oznacza to zatem, że gra niezależna po raz pierwszy w historii bezdyskusyjnie pokonała swojego wysokobudżetowego konkurenta?Najnowszą odsłonę legendarnej serii, którą znają i kochają wszyscy mieszkańcy półkuli północnej (i Australijczycy…)? „Króla hack’n’slashy”, który miał zamieść innych przedstawicieli gatunku pod dywan samą swoją obecnością?

Tak.

Czyżby nastała więc nowa era w rozwoju indie games? Era, w której to mainstream musi podpatrywać obecnie obowiązujące trendy w branży, czerpać inspiracje z ociekających kreatywnością, innowacyjnych i oryginalnych produkcji, oferujących zupełnie nowe rozwiązania w zakresie mechaniki rozgrywki i niepodobną do niczego oprawę audiowizualną?

Tak. Jak najbardziej.

„Torchlight II” wprowadził gry niezależne na nowy poziom, podniósł poprzeczkę i zaproponował zupełnie nową jakość, przy której „Diablo III”… no, powiedzmy, że daje radę :)

A ja będę bronił jak niepodległości tezy, mówiącej, że gra Runic jest NAJLEPSZYM, WZORCOWYM WRĘCZ PRZYKŁADEM PRODUKCJI NIEZALEŻNEJ. Dlaczego? Ponieważ doskonale wpisuje się w moją osobistą definicję indie game.

Pamiętajcie: Indie to niezależność, to gry, które naprawdę chce się robić, a nie drętwa, powtarzalna formułka z informacji prasowej. To ryzyko, zdobywanie funduszy, praca po nocach, festiwal prób i błędów… To ponoszenie ryzyka, porażki i rozczarowania, ale także ogromna satysfakcja, a przede wszystkim poczucie całkowitej i nie podlegającej dyskusji wolności tego, co się robi i tego, co się planuje.

„Torchlight II” doskonale daje radę, powstał z szacunku dla użytkownika, nie kosztuje fortuny (a mógłby…), a do tego jest otwarty na społeczność fanów i otwiera się na modyfikacje. Indie? Indie! I tak trzymać!

Autorem tekstu jest Jacek Głowackihttp://indietrendy.blog.pl/