Miłość i piękno, czyli romantyczne obczajanie dema „Legend of Dungeon”

Dlaczego kochamy indie? Między innymi dlatego, że wbrew mainstreamowi możemy zagrać w stare, dobre gry gatunki gier. Takim gatunkiem, już niemal na wymarciu, jest roguelike. A jednak dzięki niezależnym twórcom, takie gry znów się pojawiają. Ostatnio jedna z nich mnie zainteresowała i zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia – Legend of Dungeon.

Poznaliśmy się trochę przypadkiem, na Kickstarterze. Przechodziłem tamtędy w poszukiwaniu fajnych nowości i wtedy spojrzałem na nią. Prosiła tylko o 5 tysięcy dolarów, a dostała 12. To nie mogło ujść mojej uwadze i kliknąłem na nią. Zaczęliśmy smsować ze sobą i poznawaliśmy się. Dowiedziałem się, że to kooperacyjny, roguelikowy beat’em’up. Widać, że nie była jak inne. Zobaczyłem więc prędko jej zdjęcie – była piękna, dawno nie widziałem takich słodkich pikseli, takiego miłego oświetlenia. Powiedziała mi, że śmierć u niej jest permanentna i że można się odrodzić tylko, jeśli się zbierze wystarczającą ilość dusz po potworach, które zabijają wciąż żywi towarzysze. Oczywiście, jeśli oni zginą także, kończy się przygoda. Zaintrygowała mnie ta gra. Nadal zachwycając się jej charakterem i pięknem, dowiedziałem się o losowym generowaniu lochów i dynamicznie zmieniającej się muzyce. Byłem zakochany po uszy – taka gra jest przecież ideałem. Ale nie ma ideałów, bo dowiedziałem się, że kooperacja nie będzie online – jedynie na jednym pececie. Kiedyś szukałem takiej gry, teraz bym wolał jednak związek na odległość. Wtedy powiedziała do mnie – spotkajmy się. Zobaczyliśmy się osobiście na stronie gry, gdzie siedzi sobie demo gry.

Zaczęło się niepozornie, trochę niezręcznie. Zapoznawaliśmy się, okazało się, że nie jest skomplikowana i jest piękna również na żywo. Ekwipunek okazał się jedynie trochę nie intuicyjny i toporny, jednak potem doszliśmy do następnego etapu naszej znajomości i nie zwracałem już na to uwagi. Albowiem zaczęliśmy się bawić w walkę. Była banalna, typowy beat’em’up, ale takiego czegoś mi brakowało. Setting gry był świetny i nie miałem wątpliwości. Musiałem poznać jego rodziców. Okazali się być mili i zaakceptowali mnie, a nawet dostałem od nich prezent, w postaci paru odpowiedzi na moje pytania. Usiadłem więc ponownie do stolika z ukochaną grą i jeszcze więcej się dowiedziałem – można zmieniać płeć postaci, a nawet ubierać czapki, zbierać nowe bronie, oraz uwaga – szukać ukrytych przejść w ścianach. Chociaż to tylko demo, to poczułem, że znalazłem bratnią duszę.

Co dalej? Ten związek będzie się rozwijał, jestem tego pewien. Ba, nawet zainwestuje w nią te 10 dolarów na Kickstarterze i będzie sympatycznie.