Deszczowa noc niedociągnięć – recenzja Calvino Noir

Mając do czynienia z kolejnymi grami, nie potrafię znieść jednej rzeczy – jeśli interesującą historię, obłędną oprawę techniczną czy gęstą atmosferę, psuje wadliwa mechanika rozgrywki, która tak naprawdę dyskwalifikuje dany tytuł nawet do aspirowania o wysoką ocenę końcową. Calvino Noir jest właśnie takim przypadkiem – pozornie wszystko tu się ze sobą zgadza, tylko w praktyce niestety gracz nie czerpie żadnej przyjemności z obcowania z tym indykiem ze względu na frustrujące, absolutnie pozbawiające złudzeń, niedociągnięcia i błędy.

Omawiana gra to utrzymana w tytułowej stylistyce noir opowieść szpiegowsko-partyzancka, zaserwowana pod postacią dwuwymiarowej skradanki. Przyznać trzeba, że główny wątek trzyma się kupy i pasuje do wykreowanej, ponurej atmosfery i skąpanego w wiecznym deszczu, międzywojennego Wiednia. Główni bohaterowie – Wilt, Siska i Arno – odnajdują się w samym środku, utrzymywanego w ścisłej tajemnicy, korporacyjnego skandalu. Randayne, potentat na rynku rozwiązań militarnych i technologii je wspierających, ukrywa bowiem ważne dla ruchu oporu informacje oraz nierejestrowane nigdzie zapasy tritlenku siarki, wykorzystywanego między innymi do produkcji kwasu siarkowego oraz materiałów wybuchowych.

Calvino Noir

Kilkoro wplątanych w ten wątek postaci rozpoczyna trudną, opartą w głównej mierze na korzyściach finansowych i personalnych vendettach, współpracę, mającą na celu ujawnienie tajemnic skrywanych przez nazistowską korporację. Cała historia opowiadana jest przez świetnego moim zdaniem narratora, którego dojrzały tembr głosu, sposób wypowiadania kolejnych fraz i kwieciste wypowiedzi, pełne rozbudowanych epitetów i porównań, idealnie wpasowują się w ponurą, mroczną stylistkę noir, a także samych bohaterów tych wydarzeń. Tu niestety pojawiają się pierwsze schody.

O ile Wilt, angielski weteran wojenny o zgorzkniałym, pesymistycznym podejściu do życia niemal żywo przypomina filmowe, kultowe dla gatunku kreacje Humphreya Bogarta, o tyle pozostali protagoniści zostają w tej kwestii daleko w tyle. Siska, dwudziestoletnia członkini ruchu oporu, brzmi jak nastoletnia kokietka i lolitka, która w kilka minut mogłaby rozkochać w sobie każdego rówieśnika, nie zaś jak twardo stąpająca po ziemi sierota, wychowana w trudnych warunkach na ulicy, przez co trudno brać na serio kolejne słowa przez nią wymawiane. Arno, również emerytowany wojak, jak i wszystkie pozostałe mniej lub bardziej znaczące dla fabuły postacie, wypowiada swoje kwestie w języku angielskim z denerwującym, charakterystycznym dla niskobudżetowych shooterów „z tekturek”, niemieckim akcentem. Całkowita dyskwalifikacja dla mnie, osoby wyjątkowo wyczulonej na tym punkcie.

Calvino Noir

Irytacja sięga zenitu jednak dopiero przy praktycznych próbach rozwiązania grubymi nićmi szytej intrygi złowrogiej korporacji. Niemal zawsze przychodzi nam kontrolować kilka postaci naraz, przy czym każdy z bohaterów posiada jakąś wyjątkową dla siebie umiejętność – Wilt nokautuje przeciwników, Siska w mgnieniu oka otwiera zamknięte drzwi, zaś Arno potrafi obsługiwać maszynerię. Oznacza to, że do wykonania konkretnej czynności musimy bezpiecznie przeprowadzić z punktu A do punktu B danego protagonistę, pozostali zaś stoją w bezruchu, czekając na swoją kolej i jednocześnie stając się łatwym celem dla korporacyjnych najemników.

Szkoda tylko, że taki system nie został bardziej przemyślany. W rozdziałach bez Wilta jesteśmy całkowicie bezbronni i jakikolwiek błąd oznacza konieczność powtarzania czasem nawet dziesięciu minut rozgrywki. Calvino Noir posiada bowiem wyjątkowo kiepsko zaprojektowany system checkpointów – do niektórych docieramy w przeciągu dwóch minut, a niekiedy zabiera to kwadrans naszego cennego czasu. W dodatku po każdym zejściu musimy odczekać ładnych kilka sekund, zanim program wczyta ostatnio zapisany stan gry. Łatwo zatem wyobrazić sobie poziom frustracji przy kolejnych niepowodzeniach, tym bardziej, że gros z nich zupełnie nie zależy od chwili nieuwagi czy zagapienia się gracza.

Calvino Noir

Mechanika skradania jest po prostu niedopracowana i pełna niedociągnięć. Możemy przemierzać korytarze po cichu lub biegnąc, chowając się w razie niebezpieczeństwa za rogiem w ramach „oszukanego” 3D. Problem polega na tym, że nawet zachodząc patrolującego żołnierza od tyłu, zupełnie nie wiemy, w jaki sposób zareaguje – najczęściej włącza mu się szósty zmysł i zupełnie bez zapowiedzi odwraca się w naszym kierunku w ostatniej chwili, oddając strzał szybciej, niż jesteśmy w stanie kliknąć myszką. Innym razem najemnik zakłada swoje magiczne okulary i zauważa gracza przez zamknięte drzwi lub nawet z kilkunastu metrów, co wywołuje już raczej uśmiech politowania, a nie irytację. Z drugiej strony, zdarza się, że wojacy nie reagują na świecącą się dwa metry od nich latarkę i są w stanie stanąć twarzą w twarz z jednym z protagonistów, nie robiąc zupełnie nic – mierząc jedynie groźnie w ich kierunku przez kilka sekund. Po kolejnych absurdalnych spotkaniach trzeciego stopnia z korporacyjnymi wojskowymi doszedłem do wniosku, że ciche skradanie się i próby omijania patroli, a zatem rdzeń całego systemu rozgrywki, są zwyczajnie i po ludzku wadliwe, czyniąc z czasu spędzonego z grą przymusową konieczność, a nie dobrowolną przyjemność.

Zdecydowanie nie pomaga temu kiepskie i mało responsywne sterowanie. Trzeba podkreślić, że Calvino Noir powstawało przede wszystkim z myślą o platformach mobilnych, zaś wersja pecetowa wydaje się być tylko i wyłącznie na siłę dorzuconą do zestawu, kiepską konwersją. Widać to właśnie na podstawie schematów kontroli, które zostały żywo ściągnięte z iPadów i iPhone’ów i twórcy widocznie się z tym faktem nie kryją, o czym świadczy zresztą cały interfejs. Grę obsługujemy jedynie za pomocą myszki (nie polecam nawet myśleć o kontrolerach), co pozornie oznaczać powinno względną precyzję. Niestety, bohaterowie często nie reagują na nasze polecenia, potrafią się zablokować lub bezpardonowo wpaść do innego pomieszczenia, mimo że wyznaczyliśmy im cel przed drzwiami, czyniąc kilkuminutowe planowanie taktyki i obserwację zachowania patroli, czynnościami daremnymi.

Calvino Noir

Żeby było jeszcze gorzej, nie byłem w stanie zapewnić sobie płynnej rozgrywki, pomimo posiadania dodatkowej karty graficznej w moim laptopie. Gra niemal ciągle pracowała w około dwudziestu klatkach na sekundę, co zdecydowanie nie pomagało w walce z wadliwym systemem rozgrywki i kiepskim sterowaniem. Jednocześnie program nie pozwala nam dostosować jakości wyświetlanego obrazu, bowiem brakuje tu nawet opcji zmiany rozdzielczości. Przy tym fakcie wiedziałem już dokładnie, że Calvino Noir w wersji na komputery osobiste to tylko i wyłącznie naprędce przygotowana konwersja, nie zaś pełnoprawny produkt, tworzony z myślą o najpopularniejszej wciąż platformie do grania. Tym bardziej, że program potrafi się samodzielnie wyłączyć w trakcie rozgrywki, co przytrafiło mi się dwukrotnie.

Słaba optymalizacja jest o tyle zaskakująca, że gra nie wygląda jak rzemieślniczo, pieczołowicie rzeźbione dzieło sztuki. Oczywiście, bez wątpienia będzie to jedna z najładniejszych produkcji, dostępnych obecnie na tablety, ale na tle innych, bez zająknięcia śmigających na mojej konfiguracji tytułów pecetowych, Calvino Noir zwyczajnie nie zachwyca. Wszystkie wyświetlane elementy (z nielicznymi wyjątkami) utrzymane są w czarno-szaro-białej kolorystyce, wpasowując się w klasyczny kanon stylistyki noir, zaś cały wątek osadzony jest w trakcie jednej, wyjątkowo ulewnej nocy, potęgując gęstą, charakterystyczną dla konwencji atmosferę. Tej bowiem grze odmówić nie można – w połączeniu z nastrojowymi, filmowymi utworami muzycznymi, trzymają one tak naprawdę gracza, zmęczonego kolejnymi niedoskonałościami, do samego końca opowieści.

Calvino Noir

Calvino Noir cierpi na chorobę zwaną „niedociągnięcia i błędy natury technicznej”. W obecnej postaci gry nie mogę polecić, chyba że ktoś jest bezkrytycznym miłośnikiem szpiegowskich wątków, utrzymanych w klasycznym stylu noir, lub chce przetestować wersję mobilną. Za trwającą nieco ponad pięć godzin historię twórcy żądają ceny osiemnastu euro, co trochę mnie rozbawiło patrząc przez pryzmat tego, że recenzowane przeze mnie ostatnio STASIS, znajdujące się zresztą w zupełnie innym wszechświecie, jeśli chodzi o poziom wykonania i przywiązania do szczegółów, może zapewnić nawet dwukrotnie dłuższą rozgrywkę w niższej cenie. Być może recenzowany dziś tytuł deweloperzy doprowadzą do właściwego stanu kolejnymi łatkami, ale w chwili obecnej poszukałbym jakości noir gdzieś indziej.