Dzień Świstaka w sosie popkulturowym, czyli recenzja Randal’s Monday

Randal. Socjopatyczny, sarkastyczny osobnik, kleptoman, zło wcielone dla swoich przyjaciół (nie mówiąc o wrogach), posiadający jednak minimum uroku osobistego (a przynajmniej tak mu się wydaje).
To on, jako główny bohater najnowszego dzieła twórców z Nexus Game Studios, musi stawić czoła rozmaitym niebezpieczeństwom, by uratować „wszechświat” i… związek swojego najlepszego przyjaciela. A także samego przyjaciela, powstrzymując go od ciągłych, widowiskowych samobójstw.
Zacznijmy jednak od początku.


Randal's Monday - Matt's suicide JPG

Dzień Świstaka czas zacząć

Randal's Monday - Main Menu

Nasz główny bohater, na skutek nocnej popijawy, budzi się z wielkim kacem w poniedziałkowy poranek. Sprawcą jego pobudki okazuje się być jakże wdzięczny budzik, radośnie wygrywający melodię „I Got You babe” (która to od tej pory będzie prześladowała naszego bohatera w każdy poniedziałkowy poranek… mówi Wam to coś ? 😉 ).
Randal jednak szybko przypomina sobie wydarzenia dnia wczorajszego, kiedy to „przypadkiem” zgarnął wymiotującemu koledze portfel z pierścionkiem zaręczynowym. Od tajemniczego menela dowiaduje się jednak, że sam pierścionek ma wielką i niebezpieczną moc, która zmusza innych ludzi, by o niego walczyli, gdyż każdy chce go zatrzymać dla siebie, a dodatkowo jest on bardzo kapryśny – powoduje na przykład zakrzywienia czasoprzestrzenne, objawiające się przeżywaniem tego samego dnia nieskończoną ilość razy.

Randal's Monday - Bum

Jak łatwo można się jednak domyślić, nasz bohater w żadne przesądy nie wierzy (i dzielnie odmawia zaniesienia go na najbliższą górę z dużą ilością lawy) więc już na samym początku ów pierścień traci – co oczywiście powoduje „serię niefortunnych zdarzeń” wraz z rozpaczliwymi próbami odzyskania błyskotki.
Jeśli chodzi o fabułę, to byłoby na tyle. Jest ona zakręcona mniej więcej tak, jak słoiki na zimę i równie absurdalna. Jeśli dodamy do tego całe tony odniesień do popkultury, oraz fakt że dosłownie KAŻDY piksel jest tu naszpikowany jakąś geekowo-nerdową analogią z ostatnich 30 lat (od Pacmana, Quberta i Space Invaders zaczynając, na Star Warsach, Star Treku, Pogromcach duchów, Half-life i Portalu kończąc), to możemy otrzymać mieszankę wybuchową. Dosłownie.

Randal's Monday - Sci-Fi Con

Z drugiej jednak strony należy docenić twórców za szczegółowość – obiecali oni bowiem tytuł naszpikowany wszystkim tym, co kojarzy się prawie każdemu geekowi ze „starymi, dobrymi czasami” i dotrzymali słowa. Każdy dialog, każde zdanie wypowiedziane w tej grze ma co najmniej kilka den, które można swobodnie odnosić do „czegoś”. Ba, swoje cameo mają tu nawet Jay (mówiący głosem samego Jasona Mewesa!) i Cichy Bob. Czy jednak składniki te wystarczyły do stworzenia dobrego tytułu?

Stare, dobre… zagadki?

No właśnie. Jest jedna rzecz, która zgrzyta w Randal’s Monday i są to właśnie zagadki. Mamy tu, jak w klasycznych przygodówkach, ekwipunek, do którego trafiają przeróżne znalezione po drodze rzeczy, z których możemy oczywiście robić inne, bardziej skomplikowane itemy. W każdej chwili możemy do niego zajrzeć i użyć danego przedmiotu, który wyda nam się akurat potrzebny. O ile jednak dla fanów retrogamingu i tytułów pokroju The Secret Of Monkey Island odgadywanie, co autor miał na myśli, każąc nam zmielić drut w blenderze (żeby uzyskać z tego fragment do zrobienia wytrychu) nie stanowi najmniejszego problemu, to z pewnością część graczy może uznać hermetyczność zagadek za nieco frustrującą (szczególnie, że w czasie ładowania się gry, gdy nasz bohater jeździ metrem, możemy przeczytać o tym, że większość owych zagadek poza paroma ekstremami możemy rozwiązać za pomocą logiki). Dodatkowo, mamy również do dyspozycji system „wskazówek”, który można włączyć w każdej chwili, nie spełnia on jednak swej roli należycie – zamiast bowiem podsunąć pomysł czy wskazać właściwy kierunek, podaje on gotowe rozwiązanie zagadki. Tak więc mogę z czystym sumieniem stwierdzić: jeśli nie lubisz testowania każdej rzeczy w ekwipunku na wszystkim, co znajduje się dookoła Ciebie modląc się o pozytywny rezultat w iście starym, point&click’owym stylu, to wiedz, że gra ta przyprawić Cię może, drogi czytelniku o pewną drobną frustrację.

Co do warstwy wizualnej, dzieło twórców z Nexus Game Studios prezentuje miły dla oka styl komiksowy, który zdecydowanie dobrze komponuje się ze wszystkimi wspomnianymi „smaczkami”, wyróżniającymi tę grę. Postacie narysowane są w sposób na tyle charakterystyczny, że uważny gracz bez trudu rozpozna (przynajmniej część) znanych osobistości, pojawiających się na ekranie.

Randal's Monday - Ring's Fate

Na zakończenie mogę dodać, że Randal’s Monday jest miłą, point&click’ową przygodówką w starym stylu, z całą toną nawiązań do znanych i kochanych klasyków, zarówno growych jak i filmowych, serialowych, książkowych i komiksowych. To swoista kwintesencja tego, co każdy nerd i geek lubi najbardziej, naśmiewająca się jednocześnie z niektórych znanym nam stereotypów (należy więc podchodzić do tego tytułu z pewną dozą zarówno nostalgii jak i dystansu).

Podsumowując: Polecam ją zdecydowanie fanom gatunku, jakim są przygodówki, przy czym raczej jest ona skierowana do miłośników zwariowanych zagadek z lat 80. I 90. Ponadto wszyscy, którzy lubią odnajdywać w grach znane motywy z innych dzieł, będą przy tym tytule wniebowzięci – ja na przykład bawiłam się świetnie, usiłując odkryć wszystkie możliwe popkulturowe nawiązania.

ZALETY:
5
WADY: