Filet z indyka – gamedev od kuchni

Kiedy jesteś indie?
I czy przyznawać się w towarzystwie.

 

Na pewno słyszeliście te wszystkie historie o influencerach chcących najeść się i napić za darmo w knajpach, barterowo promując je na insta i innych soszjal mendiach.
Zastanawiam się, czy gdybym zaproponował umieszczenie takiej restauracji w swojej grze, mógłbym liczyć na darmowe żarcie? 

–  Panie Właścicielu Knajpy – propozycja jest taka: ja pański wyszynk promuję w swojej grze, a pan zapewnia mi za to codziennie, niech będzie przez pół roku, obiad.
–  A jaka to gra?
–  Niezależna.
–  Acha. Pan poczeka, zapytam małżonki. Halinaaa! Pan mówi że niezależnaaa!
–  To niech spieprzaaa!*

Do wypróbowania…

 

Niezależny twórca gry. Indi gejmdev. Człowiek z wizją. Człowiek charakterny. Człowiek orkiestra. W końcu – człowiek żywiący się szczawiem i wodą z jeziora.

Jednym z kół napędowych, a może wręcz Graalem twórców indie, jest publikacja gry za grubą kasę.** 

To jest już coś. Wskakujesz na wyższy level finansowy, a w miejsce szczawiu pojawiają się schabowe (lub szczaw importowany z Brazylii – jeśli jesteś wege). Otwierają się nowe perspektywy biznesowe. Złożyłeś zamówienie na sto wizytówek. Kupiłeś nową koszulę – żeby na spotkaniach być trochę elegancki, a trochę na luzie, bo koszula do jeansów. Wszystkie możliwe słupki rosną jak grzyby po deszczu. Masz grube portfolio i bagaż doświadczeń. Jesteś zapraszany na wykłady, gdzie – jeszcze łamiącym się głosem – rzucasz śmiałe teorie o tym co sprawdza się w gamedevie i “jak to się robi”. Po wykładzie czujesz deja vu – sam kiedyś byłeś częścią tej widowni, jedną z rozpalonych twarzy łapczywie chłonących przepisy na sukces.***

Jadąc autobusem w deszczu i patrząc przez okno na mokre ulice, czując się trochę jak bohater smutnego teledysku, zastanawiasz się ile wyrzeczeń musiałeś ponieść, by znaleźć się w tym miejscu i czy właśnie nie przestałeś być indie. 

Innym napędem jest szaleństwo. Trudno ci zasnąć, mało jesz (a jeśli już to i tak wodę i szczaw). Od myślenia dostajesz gorączki (choć może bardziej z głodu). Kipi w tobie moc kreacji, męczą cię wizje. Dziwne obrazy układają się w jedną spójną całość. Jesteś jak niespokojny ocean, targany potencjałem urzeczywistnienia wyobraźni. Czujesz przymus podzielenia się swoim brzemieniem ze wszystkimi.
Przynoszę wam owoc swojej ciężkiej pracy – proszę wbić zęby i cmokać z zachwytem, a nic przy tym nie uronić. I proszę nie skipować cut scenki, do cholery, bo nie docenicie jaka jest świetna!!!

W tym wszystkim obce są myśli o codziennym zalewie rynku setkami nowych tytułów. O olbrzymim nasyceniu tego sektora. O lawinie zstępującej z łoskotem by pogrzebać twoje dzieło wśród setek crapowych tytułów. Czasem tylko coś ukłuje, ale szybko odsyłasz to do ciemnych, rzadko odwiedzanych rejonów świadomości. Czujesz przecież, że to co masz obroni się samo i “jakoś to będzie, just one step at a time”. 

Ale żodyn, żodyn! nie narzuca ci co masz tworzyć i w jaki sposób. Jesteś jak siły natury – kształtujące świat niezależnie od woli ludzi. Kreacja wyzwolona! (którą jednak od czasu do czasu warto poddać krytyce, by… zredukować grono recenzentów). 

A może jesteś idealistą. Wymyśliłeś sobie grę o trudnym temacie społecznym, o rzeczach ważnych, ponadczasowych, o cierpieniu, o wojnie, o ludzkiej naturze. Duże studia odrzucają produkt z miejsca, bo raz: kto to kupi, skoro nawet nie wiemy jak określić target? – dwa: przecież to nie casual, nie pograsz w poczekalni do internisty – trzy: zbyt duże ryzyko.

– Ale przecież macie program wsparcia indie – mówisz.
– Owszem, ale nie takich – odpowiadają.

Trudno – musisz robić sam. I zrobisz – pokazując im przy tym jak wielki popełnili błąd. Jednocześnie dzwonisz po znajomych zajmujących się dofinansowaniami z Unii, w poszukiwaniu programów wsparcia gier opisujących problemy społeczne. 

Nazajutrz, na kacu, wpadasz na pomysł zrobienia zwariowanej i prześmiesznej gry promującej wychowanie w trzeźwości. Pijąc sok po ogórkach dochodzisz do wniosku, że niezależny to chyba taki od którego mało co zależy.

Dobrym teste(re)m są konkursy indie – sam brałem udział, polecam. Nic z tego nie wyszło, nic nie wygrałem. Czasem lubię się oszukiwać, że pewnie nawet nie odpalili, więc skąd mogli wiedzieć jak angażująca i ciekawa jest moja opowieść, zgłoszeń było mnóstwo a konkurencja ogromna, kto miałby czas to wszystko rzetelnie ogarnąć… 

Zaskoczyła mnie jednak lista zwycięzców. W konkursie na gry niezależne wygrała między innymi duża firma notowana na giełdzie. Tak. Notowana. Na giełdzie. Z akcjonariuszami i zarządem. Ze sprawozdaniami finansowymi i prognozami trendów rynkowych. Ich sekret?  Mieli trzydziestoosobowy dział, który w “wolnych chwilach” robił “jak dla siebie”. Można? Można. 

 

Można śmiało się przyznawać, bo bycie indie jest trendy, jazzy i sexy. Co zdają się dostrzegać i wykorzystywać nawet duże firmy.

 

Na zakończenie krótki cytat z filmu “Uprowadzenie Agaty”:

– Telewizja Piraci. Jesteśmy niezależni.
– Niezależni od kogo?
– Aaa, to zależy…

 

* W podskokach.
**Są różne modele biznesowe, upraszczam.
*** Świat jest szalony i proste przepisy na sukces nie istnieją.