Shakedown: Hawaii

Gangsterka na wesoło – recenzja Shakedown: Hawaii

Brain Provinciano to osoba, której na scenie indie nikomu przedstawiać nie trzeba. Jego Retro City Rampage, zrodzone z chęci przeportowania Grand Theft Auto III na NESa, okazało się gigantycznym sukcesem i w rezultacie trafiło na całą masę różnych platform, czasem już całkiem porzuconych przez ich twórców (ja sam grę ukończyłem na PSP, a RCR ograć można także chociażby na DOSie czy Windowsie 3.1). Szał portowania był jednak jedynie odskocznią, bo w tym czasie Kanadyjczyk, wspierany przez zespół grafików, oraz ekipę od oprawy dźwiękowej, w pocie czoła pracował nad Shakedown: Hawaii, które, ku zaskoczeniu chyba nikogo, okazało się tytułem jeszcze lepszym od świetnej poprzedniczki.

Główny bohater produkcji – Prezes, prowadził swego czasu bardzo dochodową korporację Feeble. Niestety, pod jego nieobecność doprowadzona została ona na skraj bankructwa, a on sam nie jest w stanie odnaleźć się we współczesnym świecie biznesu na tyle, by móc ją szybko z tego dołka wyciągnąć. Mając w perspektywie upadek swojego dawnego imperium, nie zasypia jednak gruszek w popiele. Otacza się ludźmi, który rozumieją rzeczy dla niego niepojęte, a sam zajmuje się tym, co potrafi najlepiej – gangsterką. Tak oto, poprzez zabójstwa, zastraszanie i niszczenie mienia kroczy ku wyznaczonemu celowi. Kolejną grywalną postacią jest Scooter, nieudolny syn Prezesa i niespełniony muzyk, który poza pomaganiem ojcu w interesach, zaczyna się kręcić wokół lokalnych przestępców. Trio protagonistów (tak, skojarzenia z Grand Theft Auto V są jak najbardziej na miejscu) dopełnia postać znana jako Konsultant. Zajmuje się on najbrudniejszą z brudnych robót i, co tu dużo mówić, zna się doskonale na tym co robi. Choć cała trójka jest na swój sposób interesująca i zabawna, to szef jest tu niemal zawsze na pierwszym planie, co wychodzi produkcji na dobre. Jego próby odnalezienia się we współczesności są bardzo zabawne i jeśli ktoś będzie grał w tę grę dla fabuły, to raczej jego perypetie będą największą motywacją, a historie pozostałej dwójki stanowią coś w rodzaju przyjemnego przerywnika od dania głównego.

Fabuła Shakedown: Hawaii, podobnie jak w przypadku Retro City Rampage, pełna jest świetnego humoru, choć ten obecny tutaj, w przeciwieństwie do tego z poprzedniczki, nie opiera się przede wszystkim na nawiązaniach do klasycznych gier i filmów z epoki NESa. Zamiast tego na celownik trafiły tematy związane z dzisiejszym działaniem wielkich firm, które autor obśmiewa dość dosadnie. Obrywa się tu m.in. czasowym licencjom na oprogramowanie, lootboxom, czy streamingowi video.

Rozgrywka, choć przypominać może na pierwszy rzut oka stare, dwuwymiarowe odsłony serii GTA, dzieli z nimi jedynie ogólne założenia, pozwalając nam się bawić w gangstera w otwartym, płaskim świecie. Shakedown: Hawaii jest zdecydowanie bardziej dynamiczne. Pełno tu skakania, szybkich wymian ognia z przeciwnikami (które, ze względu na możliwość precyzyjnego systemu strzelania wyciągniętego żywcem z twin stick shooterów są zdecydowanie przyjemniejsze), a stłuczki na drodze w wielu przypadkach nie mają zbyt dużych konsekwencji dla gracza. Z radością biegamy więc od misji do misji, zaglądając co jakiś czas do którego ze sklepów czy też oddając się aktywnościom pobocznym.

To, co robi spore wrażenie, już od pierwszych chwil spędzonych z grą jest rozbudowany system destrukcji otoczenia. Jeśli widziany przez nas element krajobrazu nie jest budynkiem stojącym na solidnych fundamentach, to można śmiało założyć, że ulegnie on zarówno rozpędzonym pojazdom, jak i arsenałowi gracza. A ten ponownie jest całkiem pokaźny: począwszy od pięści, przez kije baseballowe, pistolety, karabiny i rakietnice, a na takich kuriozach jak suszarka do włosów, czy opryskiwacz pełen środków ochrony roślin skończywszy.

Mówiąc o destrukcji, nie można nie wspomnieć o tym jak doskonale prezentuje się ona od strony wizualnej. Jestem fanem dobrego pixelartu, a ten tu obecny jest najwyższej jakości. Cała masa obiektów jest również dodatkowo animowana, co czyni grę jeszcze piękniejszą. Jeszcze lepiej prezentuje się za to muzyka, za którą kompozytorowi należą się słowa uznania – doskonale pasuje ona do klimatu opowieści dość szybko wpada w ucho.

Tym, co wyróżnia grę na tle swojego poprzednika jest wprowadzony w Shakedown: Hawaii aspekt ekonomiczny, którego założenia mocno czerpią z tytułów idle’owych. Niczym w Cookie Clickerze i jemu podobnych produkcjach, zakupujemy kolejne budynki, które zwiększają nasze dzienne przychody, dzięki czemu kupić będziemy mogli coraz większe budynki, generujące pokaźniejsze zyski. Wszystko do momentu, w którym wszystkie zabudowania na wyspie należeć będą do głównego bohatera. Do każdej nabytej nieruchomości wykupić możemy mnożnik punktów, który dodatkowo podniesie ilość zdobywanej gotówki. Niestety, mniej więcej w połowie rozgrywki nabyłem już wszystkie dostępne na ten moment na mapie obiekty i w tym momencie generowane codziennie góry pieniędzy lądowały na koncie i nie za bardzo było na co je wydać. Owszem, dostępne są sklepy z bronią, ubraniami, ulepszeniami postaci i tym podobne, ale nie sposób jest tam przepuścić zarabiane pierdyliardy dolarów. Od czasu do czasu pojawiały się też nowe miejsca do zakupienia, ale w tym momencie zwykle miałem na koncie o wiele więcej pieniędzy, niż one kosztowały, a jedyną zachętą do nieolewania ich kompletnie była chęć zobaczenia, co się stanie, gdy będziemy mieli w posiadaniu wszystkie włości. Bez zbędnych spoilerów powiem, że nagroda nie była tego warta.

Rozbudowa swojego małego imperium ma też jeszcze jeden, chyba najprzyjemniejszy element. Jak się niełatwo domyślić, nie wszyscy właściciele miejscowych interesów chcą dobrowolnie pozbyć się swojego źródła utrzymania. Tu pojawiają się tytułowe shakedowny, czyli… ekhm… niekonwencjonalne skłanianie do sprzedaży lokalu. Cel osiągamy na jeden z kilku sposobów: czasem trzeba zatkać kibelek, innym razem pokonać dryblasów broniących przybytku, spłoszyć klientów, albo wykonać jedną z kilku innych, równie pomysłowych misji. Każde takie zadanie jest krótkie, dynamiczne i daje sporo frajdy. Kolejną dodatkową aktywnością są wyzwania, będące kalką szałów zabijania znanych z serii GTA. Musimy w nich, za pomocą określonego narzędzia mordu, zmniejszyć populację miasta o ustaloną liczbę osób w danym czasie. Przyznam szczerze, że dawałem się im wciągnąć i raz po raz próbowałem wykręcić jak najlepsze wyniki, tak, by gra nagrodziła mnie złotym medalem.

Shakedown: Hawaii spełniło wszystkie moje oczekiwania. Jest większe, lepsze i bardziej rozbudowane niż Retro City Rampage, a ponadto dorównuje poprzedniczce świetnym, ciętym poczuciem humoru. Dodaje też sporo nowości, które, jak np. powiększanie dobytku, choć nie zawsze w stu procentach dobrze przemyślane, w przyjemny sposób urozmaicają rozgrywkę.

 

ZALETY:
pikselowa rozwałka w najlepszym wydaniu
dużo dobrego humoru
piękna grafika
fantastyczna ścieżka dźwiękowa
bogaty i zróżnicowany arsenał głównego bohatera
shakedowny
8
WADY:
nie do końca dobrze przemyślany aspekt ekomoniczny