Genialny mezaliansem czyli recenzja Starseed Pilgrim

Przede mną nie lada wyzwanie. Oto stoję w szczerym polu, a w oddali majaczy mi się achievement „Napisanie recenzji Starseed Pilgrim”. Jest też haczyk – pole to gęsto obstawiono minami, na które nadepnięcie powoduje niesamowity i ogłuszający wrzask pewnego słowa. To słowo to: „Spoiler”.

Dlaczego? Bo jedną z najważniejszych składowych gry jest poznawanie jej zasad i reguł oraz własna interpretacja fabuły. Bez żadnego intra, napisów ani menu, zostajemy rzuceni gdzieś-nie-wiadomo-gdzie i poza jedną wskazówką co do sterowania, nie dostajemy absolutnie nic. I w pierwszym momencie to odrzuca. Ja sam, gdyby nie recenzencki obowiązek, wyłączyłbym grę po krótkiej chwili, by na zawsze o niej zapomnieć. Jednak po pierwszych 100 minutach ciągłego prychania i zastanawiania się po co to wszystko, gdy już ogarnąłem podstawy i przeszedłem do odkrywania o co więcej w tym chodzi, gra zaczęła mnie wciągać. Tak jakbym patrząc na brzydkie kaczątko zaczął dostrzegać jego potencjał i umierał z ciekawości co z niego wyrośnie.

starseedpilgrim1

Fabułę również kleimy sobie sami – zarówno jej przebieg, jak i interpretacja całości, zależą kompletnie od naszych poczynań oraz od tego, jak zrozumiemy każdą z odkrytych rzeczy. Wszystko to, oparte o naszą wiedzę, system skojarzeń i ich bazę, odbywa się w scenerii o nieco onirycznej i tajemniczej aurze.

Muzyka, i efekty dźwiękowe w ogóle, tę oniryczność i tajemniczość podsycają. Tło muzyczne stanowi ambient, który idealnie nadawałby się na składankę pomagającą w osiągnięciu wyższego stanu umysłu podczas mantry zen lub innych „ooommmmm-ów” tego typu. Dodatkowo każda akcja dziejąca się grze ma swój unikalny dźwięk, który niezależnie od momentu w jakim się pojawi, zawsze świetnie komponuje się z tłem. Dostajemy więc fajny, klimatyczny soundtrack budujący i podkreślający nastrój, który… mi osobiście przeszkadzał. To znaczy podoba mi się i w ogóle, niezły pomysł z korelacją dźwięków z tłem, pozwala wsiąknąć w klimat, ale gdy raz musiałem na chwilę wyłączyć dźwięki, zauważyłem, że gra od razu stała się mniej frustrująca i dużo łatwiej było mi się skupić. Ale może to tylko ja.

starseedpilgrim2

Jeśli chodzi o gameplay, mamy do czynienia z nie lada mezaliansem. Na ślubnym kobiercu staje bowiem ubrana w wielokolorowe pstrokate ciuszki rozgrywka logiczno-zręcznościowa, krótka, powtarzalna i łatwa do opanowania. Twarz ojca, którego rysy zdradzają mobilne korzenie rodziny, zalana jest łzami wzruszenia, gdy oddaje ją przyszłemu zięciowi. Minimalistyczny strój i kwadratura ciała pana młodego zdradzają pewną niedzisiejszość i posunięcie w latach. Jest znany, lubiany i szanowany w towarzystwie, chociaż uchodzi za człowieka niełatwego w kontakcie, wymagającego i nie idącego na żadne kompromisy. Często też, by zrozumieć o czym mówi i nadążyć za jego tokiem rozumowania potrzeba kartki i długopisu. No po prostu prawdziwy z niego hardkor i oldskulowiec.

Jak im się żyje? Jest fajnie. Równie dobrze ze Starseed Pilgrim można spędzić całą noc, jak i usiąść do niego tylko na pięć minut (chociaż syndrom „jeszcze jednego razu” jest tu bardzo silny). Pomysł na całą zabawę jest oryginalny, trybiki dobrze przemyślane, dobrane i zrealizowane. Superczęsty i automatyczny zapis sprawia, że wszystko zawsze toczy się tu i teraz. Żadnych chcianych ani niechcianych powtórek. Ryzyko znużenia zostało wyeliminowane poprzez wprowadzenie elementów losowości do najważniejszych składników rozgrywki. Gra stawia też przed nami dodatkowe wyzwania, z którymi zmierzenie się jest zarówno bardziej emocjonujące, jak i zupełnie opcjonalne. Sami więc na bieżąco ustalamy poziom trudności. A dodanie elementów znanych z ojców elektronicznej rozgrywki, wymuszających na mnie jako graczu zachowania, o których do tej pory czytałem tylko w książkach „historycznych”, postrzegam jako duży plus. Na dodatek tajemniczość i swoboda interpretacji dają silne wrażenie uczestniczenia w czymś zupełnie wyjątkowym.

Granie w Starseed Pilgrim potrafi wzbudzić niesamowite emocje i podnieść ciśnienie, zarówno w znaczeniu pozytywnym, jak i negatywnym. Jednak pomijając trudne początki, łatwiej tę grę pokochać niż znienawidzić, a przez to usiąść do niej znowu, cieszyć się i uśmiechać, nawet po największej kłótni.

Wielkie dzieło o małym ludziku, “tru law” z mojej strony.

Maciek Ejsymont

ZALETY:
5
WADY: