Gra z samego dna kopalni, czyli Toby: The Secret Mine

Platformówki to dość mocno eksploatowany przez twórców niezależnych gatunek gier. Mi w to graj, bo dzięki temu spędziłem mnóstwo czasu hasając beztrosko po platformach w wielu świetnych produkcjach. Sięgnąłem więc z uśmiechem na ustach po Toby: The Secret Mine, które pojawiło się niedawno na Steamie i kusiło graczy pięknymi screenami i niekrytymi inspiracjami, czerpiącymi z gier Limbo i Nihilumbra. Tę pierwszą znam tylko z widzenia, lecz w drugą zagrywałem się z nieznikającym bananem na twarzy, więc moja ciekawość została zaostrzona. Inspirując się czymś tak dobrym nie da się tego schrzanić, prawda?

Toby1

W pewnej górskiej wiosce nie dzieje się zbyt dobrze. Większość jej mieszkańców została porwana, a śmiałkowie, którzy wyruszyli by ich uratować, ginęli bezpowrotnie. Mały Toby ma dość tej sytuacji i postanawia wziąć sprawy we własne ręce. Brzmi jak typowy pretekst do przemierzania kolejnych poziomów i w sumie tym jest. Szkoda tylko, że wszystko to wyciągnąłem ze strony internetowej twórcy. W grze nie ma żadnego intra, tłumaczącego nam co my tu, u licha, robimy. Nawet głupiej tablicy z tekstem tam nie znajdziemy. Albo przegrzebujemy Internet, żeby wiedzieć co się dzieje, albo domyślamy się jaki sens mają nasze działania. Bo wiecie, to jedno z tych unikalnych doświadczeń, w których nie pada choćby jedno słowo (pisane lub czytane).

Pierwszym co rzuca się w oczy po uruchomieniu Toby’ego jest genialna oprawa graficzna. Zgodnie z przytoczonymi wcześniej inspiracjami, Nihilumbrą zionie stąd na kilometr. Na pięknych tłach umieszczone są dopracowane i ładnie zanimowane, czarne jak smoła obiekty. Spójrzcie no tylko na screenshoty. Śliczności! Gdybym oceniał tylko za grafikę, ocena końcowa byłaby co najmniej 3 razy wyższa (a i tak tylko dzięki niej jest aż tak wysoka, ale o tym za chwilę). Dobra jest też ścieżka dźwiękowa, odpowiednio budująca klimat tej dziwacznej krainy. Niestety, artyści, nawet jeśli świetni, sami dobrej gry nie zrobią…

Toby3

Gra jest typową logiczną platformówką: biegasz sobie tu i tam, rozwiązujesz zagadki, a w tak zwanym międzyczasie próbujesz nie wpakować się na kolce lub do przepaści. Walk z przeciwnikami brak. Brzmi nieźle na papierze, ale zrealizowane zostało koszmarnie. Największym grzechem tej produkcji jest kompletnie schrzanione sterowanie. Toby, zamiast poruszać się zwinnie i stosunkowo szybko, do celu zmierza z prędkością zmęczonego życiem ślimaka. Bohater pierwszej lepszej platformówki stoi szybciej niż on biega! Tym bardziej bolała każda śmierć, ponieważ często oznaczała ona cofnięcie się dość daleko. Trafiał mnie szlag, bo wiedziałem, że dojście do miejsca, w którym zginąłem zajmie mi, na oko, jakiś miliard godzin. Skakanie również nie działa jak należy. Nasza postać unosi się dość wysoko, ale na niewielkie odległości. Irytuje to wszystko niemiłosiernie. Całość sterowania sprawia wrażenie jakby pochodziła z wczesnego prototypu. Wyobrażam sobie, że na początku okresu produkcyjnego zostało wrzucone do gry jakiekolwiek sterowanie, które miało zostać poprawione… kiedyś, ale niestety nie zostało. No bo nie wierzę, że tak równie zepsuta, co łatwa do poprawienia rzecz została umieszczona w grze celowo.

„Dobrze, że przynajmniej zagadki są zrobione wzorcowo”, chciałoby się rzec, ale niestety nie można, bo byłaby to wierutna bzdura. Łamigłówki również są kiepskie. Zwykle ograniczają do znalezienia w mroku jakiegoś przedmiotu/dźwigni, odblokowaniu w ten sposób przejścia i pójściu dalej. Oczywiście, są też bardziej złożone wyzwania (3, jeśli mnie pamięć nie myli), ale bardziej uprzykrzają życie niż je umilają. Na przykład zgadywanie która z kilku dostępnych lampek się zapali. Oczywiście trzeba to odgadnąć ok. dziesięć razy z rzędu, a przy pomyłce zaczynamy łamigłówkę od samego początku.

Toby2

Toby: The Secret Mine jest idealnym argumentem potwierdzającym tezę mówią o tym, że dobra grafika nie zatuszuje koszmarnej rozgrywki. Piękna katastrofa, można by rzec. Omijajcie ten szajs szerokim łukiem!