Krucjata samotnego wojownika ninja – recenzja Mute Crimson+

Ekran startowy Mute Crimson+ wzbudza we mnie wiele obaw. Nauczony doświadczeniami z innych, mniej znanych gier indie, z którymi miałem do czynienia, podnoszę lekceważąco jedną brew, przyglądając się menu, przypominającemu naprędce stworzoną planszę kolejnej platformówki utrzymanej w cudownym (aczkolwiek dla wielu twórców stanowiącym tylko pretekst do pójścia po linii najmniejszego oporu), ośmiobitowym stylu. W tle rozbrzmiewa prosta melodia żywcem wyjęta z ery NESa. Naciskam przycisk „PLAY”.

I gdy tylko moim oczom ukazuje się intro wypełnione angielskim, nawiązującym do nieudolnie tłumaczonych produktów importowych z Kraju Kwitnącej Wiśni lat 80., moje obawy zaczynają zanikać – to był pierwszy znak, że ludzie z Iced Lizard Games faktycznie wiedzą czego się podjęli. Jak się później okazało – nie myliłem się. Pewniejszym już krokiem, z melodyjnym „Let’s going!” na ustach zaczynam swoją przygodę.

2015-08-12_00001

W Mute Crimson+ wcielamy się w rolę bezimiennego ninja, stojącego na straży swojego rodzinnego miasta. Gdy tylko pierwsze krzyki terroru rozbrzmiewają na ulicach zaatakowanej przez potwory metropolii, nasz bohater nie może zrobić nic innego, jak tylko chwycić za swój miecz i ruszyć na samodzielną heroiczną krucjatę. W tym momencie wkraczamy również i my.

Kontrolowanie widzianego z klasycznej, dwuwymiarowej perspektywy ninja jest banalnie proste – całość sprowadza się do strzałek oraz dwóch klawiszy odpowiadających za skok oraz uderzenie mieczem. Mechanika jeszcze bardziej upodabnia ten tytuł do gier z kultowych konsol ośmiobitowych. A jeżeli dodamy jeszcze do tego takie smaczki, jak chociażby wygląd animacji, a w szczególności animacji skoku, podczas której bohater zamienia się w obracającą się w powietrzu kulkę rodem z Metroida, fala nostalgii uderza w nas ze zdwojoną siłą.

Fala, bardzo szybko zmieniająca się w istne tsunami wspomnień. Mute Crimson+ opiera się na sprawdzonych pomysłach, którym udawało się utrzymać graczy przed konsolami Nintendo na długie godziny, jednocześnie pozostając przy tym niezwykle świeżym. Brak tu szczególnej innowacji, jednak autentyczne gatunkowe podczepienie się do platformówek sprzed ponad trzydziestu lat, wraz z ich przepełnioną kiczem fabułą, dynamicznym gameplayem i rzeczywiście wysokim poziomem trudności sprawia, że produkcja Iced Lizard Games wyróżnia się na tle innych „retroklonów”. Gdyby ktoś stworzył konwersję Mute Crimson+ na NES-owym kartridżu i posadził mnie przed kineskopowym telewizorem informując, że dokopał się do prototypowej wersji NinjaGaiden – uwierzyłbym.

2015-08-15_00004

Przy całej prostocie konceptu, jak już wspomniałem, sama gra w Mute Crimson+ prosta zdecydowanie nie jest. Trup ścieli się tu gęsto, a częściej niż zwłoki przeciwnika, przyjdzie nam obserwować swoje ostatnie chwile. Zabić nas może wszystko: od krwiożerczych ogarów piekieł, przez lasery, kolce, aż po rozgrzane do czerwoności skalne bloki. Naszym zadaniem, oczywiście, jest nie dać się zabić i przechodzić poziom za poziomem, pozbywając się przy tym hord niemilców. Co kilka plansz natomiast, przyjdzie nam zmierzyć się z bossem, którego pozbyć się nie jest już tak prosto. Ponownie, jak w najlepszych platformówkowych klasykach, należy rozgryźć wzór ataków, jakim nasz przeciwnik się posługuje, a następnie wykorzystać go przeciw niemu, wyprowadzając cios, gdy najmniej się tego spodziewa. Nieraz trzeba się sporo napocić, zanim zadane zostanie ostateczne cięcie.

Płynnemu przechodzeniu przez następne poziomy sprzyja minimalistyczna, aczkolwiek ciesząca oko, oprawa graficzna, redukująca paletę barw do trzech kolorów: czarnego, białego i czerwonego. Zabieg ten nadaje produkcji mrocznego klimatu, przy jednoczesnym nierozpraszaniu gracza tęczowymi wodotryskami. Świat pozostaje stonowany i dynamiczny. Perfekcyjnie zapętlone ośmiobitowe utwory towarzyszące nam przez całą podróż również należy zaliczyć na duży plus. Są wyraźnie zróżnicowane i słucha się ich po prostu bardzo przyjemne.

2015-08-12_00004

Mute Crimson+ nie jest grą ogromną – jednak spędziwszy przy niej ponad 8 godzin, nadal nie odkryłem wszystkich jej sekretów. Nie udało mi się zebrać wszystkich monet, poukrywanych w najcięższych punktach każdej planszy, nie zdołałem odblokować wszystkich trybów, które gra oferuje, a nawet nie przeszedłem w całości trybu „hardcore”, wyłączającego opcję checkpointów i zmuszającego gracza do przejścia, często wcale niekrótkich, poziomów na jednym życiu. Zrobiłem w grze dużo, a przede mną stoi jeszcze więcej. Śmiało mogę stwierdzić więc, że ta mała produkcja ma w sobie niesamowity potencjał – a grzechem byłoby z niego nie skorzystać.