Narkotyczny sen. Recenzja Spate.

Czasem zdarza się, że pod przykrywką gry na nasz dysk trafia produkt, który formą bardziej przypomina interaktywny film. Tak jest z kolejnymi grami Davida Cage’a oraz, chociaż w zupełnie inny sposób, z opisywanym poniżej Spatem. I choć nie ma końca dyskusji na temat tego, czy takie produkcje to jeszcze gry, czy już zupełnie nowe medium, za bezdyskusyjny uważam fakt, że Spate jest czymś wyjątkowym i zdecydowanie wartym spróbowania.

spate 1

WYRÓB GROPODOBNY. MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI ROZGRYWKI.

Historia opowiedziana jest w pełni trójwymiarowym świecie, po którym poruszamy się w standardowych platformówkowych dwóch wymiarach. Ogólnikowe hasło gatunku „cały czas w prawo” zostało tu potraktowane dosłownie, bo tak naprawdę niewiele więcej poza ruchem w tę stronę przyjdzie nam robić. Czasem trzeba przeskoczyć przepaść, czasem po wycelowaniu strzelić z armaty by oczyścić sobie przejście. Są też dwa momenty, w których za sterami latającej łódki, włączając lub wyłączając silnik wznoszący nas w powietrze, manewrujemy między niezbyt trudnymi przeszkodami niczym Flappy Bird. Grafika jest co najmniej z poprzedniej epoki, ruchy ślamazarne, sterowanie niedokładne, animacje jakieś takie byle jakie, a wykrywanie kolizji jest jednocześnie zabawne i irytujące. Czym więc jestem tak zachwycony?

spate 2

STEAMPUNK + PSYCHODELIA + NOIR

KLIMATEM. Budowanym przez fabułę, sposób narracji, muzykę i obrazy, jakie mimo wielu niedociągnięć pojedynczych elementów, udało się stworzyć duetowi Eric Provan – Temo Kokiashvili. Rzecz dzieje się na tajemniczej wyspie, podczas snu głównego bohatera. Ten, rozpamiętując porażki przeszłości, stoczył się na samo dno smutki topiąc w absyncie. I chociaż kompletnie miesza mu się co jest jawą, a co koszmarną ułudą, nie stracił rezonu i ciętego, gorzkiego poczucia humoru. Tym często się z nami dzieli komentując wydarzenia i wspominając dawno utracone czasy zmęczonym, beznamiętnym i przesączonym cynizmem głosem. Jest to tak dobrze stylizowane na monologi bohaterów kina i powieści noir, że gdyby nasz bohater nie został obdarzony imieniem postawiłbym ostatnie pieniądze, że za maską ukrywa twarz Sam Spade, Humphrey Bogart lub Philip Marlowe.

spate 3

Maska jest tylko jednym z wielu elementów, na które składa się najbardziej psychodeliczna wersja steampunka jaką kiedykolwiek widziałem. To tak jakby wymieszać wszystkie czaderskie pomysły Tima Burtona i Alice’a McGee z klasyką świata mechanizmów i pary (roboty, latające kutry i inne brygi). Potem tylko przedobrzyć doprawiając narkotycznie jaskrawymi kolorami i gotowe. Do buchającego już ognia oliwy dolewa niepokojąca, nagrana przez orkiestrę muzyka, w której prym wiodą instrumenty smyczkowe.

spate 4

WONDERLAND ABSYNT, ROCZNIK ’53, zaw. alk. 300%

Parę razy z ust wyrwało mi się mimowolne „WOW”. Najmocniejsze, bo z kompletnego zaskoczenia, było to pierwsze. Idę w prawo, czasem sobie skoczę, koleś coś tam gada (cały monolog Blutha został nagrany, a znudzony i pełen noirowej maniery głos to coś, co Chandleromaniacy polubią najbardziej). Nudzi już nawet łykanie z butelki (zupełnie opcjonalne), które wyostrza kolory i sprawia, że świat faluje a góra miesza się z dołem. I gdy już myślę, że byle do końca, kamera jedzie w tył by pokazać szerszą perspektywę, a moim oczom ukazuje się rząd koślawych słupków, po których zaraz będę musiał skakać. Robi się trochę epicko, a po zgniłozielonożółtym tle z którego światło sączy się jak przez brudną szmatę zaczyna, WOW, płynąć OLBRZYMIA ryba. Tak po prostu, spokojnie, ja tymczasem rzucam się do klawiatury zrobić screena. W sumie to dziewięć, póki płetwa ogonowa na 1/3 ekranu nie zniknęła za lewą krawędzią. Od tej pory prawie cały czas miałem włączone autorobienie zdjęć co sekundę. Wizje i „krajobrazy”, które mijamy na swej drodze, są niesamowicie odjazdowe i totalnie warte poświęcenia dwóch godzin potrzebnych na poznanie całej historii.

spate 5

No właśnie, jest super krótko. Na mnie Spate zrobił ogromne wrażenie i w 100% polecam tego allegrowicza. Jednak kto nie zachłyśnie się stworzonym tu klimatem, będzie srogo zawiedziony, bo poza nim to tylko przebieżka w prawo i około dziesięciu „momentów” gdzie trzeba się trochę bardziej wysilić. Kogo nie rusza wizja zblazowanego Humphreya Bogarta wystrojonego jakby naczytał się za dużo Sandmana i Hellboya, który rozmawia z ogromnym przerażającym popiersiem w deszczu, gdy niebo błyska jak zepsuty stroboskop, może sobie odpuścić. Kto jest ciekaw jak potoczy się ta rozmowa (jedno z moich głośniejszych WOW), niech poluje na wyprzedaże i paczki, w których Spate zaczął się pojawiać. 40 złotych to jednak więcej niż bilet na niejeden dłuższy od tej gry kinowy seans. Z drugiej jednak strony, mało który mógłby przebić niektóre sceny. O mamo, jakby one na takim ekranie nieziemsko wyglądały!

więcej czaderskich screenów na naszym 1nstagramie #spate

Maciek Ejsymont

ZALETY:
5
WADY: