Oldskulowość podlana krwią – recenzja Putrefaction

Pierwszoosobowe strzelanki to mój konik. Nawet największe chłamy mi nie straszne, co więcej – od czasu do czasu, w przerwie pomiędzy kolejnymi wysokobudżetowymi hiciorami, muszę ograć coś albo badziewnego, albo topornego, żeby brutalnie sprowadzić się na ziemię. I mimo że Putrefaction na pierwszy rzut oka wygląda i badziewnie, i topornie, to po ograniu tego prostego indyka stworzonego na silniku Unity rzec muszę, że nie żałuję ponad dwóch godzin weń spędzonych.

Gra ta została stworzona przez dwudziestopięcioletniego Rosjanina, co już samo w sobie jest niezłym osiągnięciem – w końcu została wydana na platformie Steam. Głównym założeniem, przyświecającym autorowi programu, było nawiązanie do kultowych produkcji lat zeszłych, przede wszystkim klasycznego Dooma i Unreala. Biorąc pod uwagę budżet, zdolności produkcyjne i wykorzystaną technologię, poniekąd się to powiodło.

Putrefaction

Koncepcja jest prosta, jak budowa cepa. Dostajemy giwery, przemierzamy opanowane przez tajemniczą zarazę ośrodki badawcze i podziemia, mordując wszystko, co napotkamy na drodze. W praktyce wszystko funkcjonuje przyzwoicie, choć irytujące błędy techniczne dla pierwszoosobowej strzelanki są tu niestety obecne. Znikające ciała czy spawnujące się na naszych oczach monstra to smutne ograniczenia technologiczne, których twórca nie dał rady pokonać. Plusem jest jednak to, że gra działa stabilnie i nawet na zintegrowanej karcie graficznej osiągana płynność będzie zadowalająca.

Pomijając przygotowanie techniczne, sam model rozgrywki może usatysfakcjonować. Odstrzeliwanie kończyn i nader krwawe rozprawianie się z adwersarzami w końcu nigdy nie wyjdzie z mody. Gore w Putrefaction jest wszechobecne, zaś strzelanie nawet mięsiste, i mimo że część giwer przypomina raczej pistolety na wodę, to choćby taki oldskulowy shotgun zdecydowanie został moim faworytem, przede wszystkim ze względu na naprawdę ogromną moc obalającą. Mogą się jednak zdarzyć momenty, gdy będziemy z przerażeniem liczyć pojedyncze pestki nam pozostałe, co w produkcji tego typu nie powinno mieć miejsca.

Putrefaction

Moim zdaniem jednak najjaśniejszym punktem gry jest przygotowany bestiariusz. Dość pieczołowicie zaprojektowane modele nie tylko potrafią zaskoczyć różnorodnością, ale przede wszystkim także sposobem poruszania się. Choć zbyt zaawansowanych skryptów sztucznej inteligencji tu nie znajdziemy, niektóre monstra odskakują na boki, robią uniki, wymuszając na graczu skupienie i refleks. Koniec końców jednak wszystko, co się rusza, prze tylko w naszym kierunku, prosząc wręcz o zakończenie swojego nędznego żywota.

Poziom trudności został ustalony tu również w duchu oldskulowości. Nawet na tym niskim zginąć jest całkiem łatwo, zaś wyższe mogą posłużyć jako prawdziwy test umiejętności gracza. Tym bardziej, że jedynym sposobem przywracania punktów witalności są apteczki, dość skąpo zresztą rozlokowane na terenie ośrodka. Tu zaś ciekawostka: pudełko z czerwonym krzyżykiem regeneruje zdrowie wyłącznie w obrębie danego poziomu, zatem jakże zdziwiony byłem, gdy rozpoczynając kolejny rozdział z paskiem życia wypełnionym w połowie, właśnie w takim stanie musiałem podjąć się walki z następną falą agresywnych maszkar.

Putrefaction

Masakrowanie zdeformowanych zarażonych w kampanii to nieco ponad dwie godziny zabawy, wliczając w to dwa całkiem wymagające pojedynki z bossami. Historia nie ma jednak sensownego zakończenia, przez co mamy wrażenie, że mieliśmy do czynienia raczej z produkcją w fazie Early Access. Co prawda przygotowany został również tryb przetrwania, który zapewni nam kilkadziesiąt kolejnych minut pompowania lewego przycisku myszy, ale malkontenci powiedzą, że w cenie pięciu euro można nabyć nie tylko dłuższe, ale też zwyczajnie lepsze i bardziej dopracowane indyki.

Fakt. Jednak nie spotkałem się jeszcze z pierwszoosobową strzelanką autorstwa ledwie jednego jegomościa, w której autentycznie udało się wykreować pewną atmosferę, charakterystyczną dla gry survivalowej. Etapy toczone w podziemiach ośrodka badawczego były dla mnie sporym zaskoczeniem, w końcu połączenie systemu jaskiń, wszechogarniającej ciemności i latarki niezbyt zachwycającej mocy prawie zawsze zdaje egzamin. W dodatku pochwalić muszę również towarzyszącą nam w tle linię melodyczną, która nijak nie przypominała mi, że gram właśnie w niskobudżetowy tytuł od jednego dewelopera.

Putrefaction

I mimo że wielu z Was być może uśmieje się z tego, ale Putrefaction z każdą kolejną minutą coraz bardziej przypadało mi do gustu. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem półnagie zombie z tasakami, nieporadnie biegnące w moim kierunku, byłem niemalże na granicy zniesmaczenia. Dwie godziny później stwierdziłem, że bez większych uprzedzeń chętnie grałbym dalej, gdyby tylko kampania dała mi taką możliwość. Spragnieni niezależnych, pierwszoosobowych strzelanek mogą wypróbować, choć doświadczenie może być dla wielu, tak jak napisałem na samym początku tego wywodu, toporne i zwyczajnie badziewne.