Piękno pod toną błędów, czyli Ku: Shroud of the Morrigan

Tę grę pokochałem od pierwszego wejrzenia. Cudowna grafika, świetny klimat, ciekawy gameplay. Gdy dostałem ją w swoje łapki, zniecierpliwiony poganiałem mój biedny modem, nie mogąc się doczekać, gdy też okropny „stim” pobierze ją w końcu i będę mógł sobie zagrać w to cudo. Teraz, mając już tę produkcję za sobą, mój entuzjazm nieco ostygł. Niestety, jak to bywa z tego typu miłością, z początku nie dostrzegłem wad mojego obiektu westchnień, których w trakcie obcowania z grą odkrywałem coraz więcej…

kuSOTM_2014_06_22_16_28_08_281

Życie nie jest zbyt łaskawe dla naszego bohatera, tytułowego Ku. W dniu jego dwunastych urodzin ginie pierścień mocy – źródło energii dla całej okolicy. Król wysyła go z misją odnalezienia nowego. Dostajemy więc miecz, przechodzimy trening i ruszamy ku wspaniałej, długiej przygodzie. Wróć. Ruszamy ku wspaniałej przygodzie. Niestety, całość idzie skończyć w 2 godziny. 2 godziny wypełnione niezwykłym klimatem i… toną błędów. Niech za przykład posłuży fakt, że trening musiałem przechodzić 2 razy, bo po powrocie na wcześniejszą mapę i ponownym wkroczeniu na tę ze szkoleniem, wszystkie skrypty się resetują, przez co napotkane postacie nie przepuszczą gracza, póki ten po raz kolejny nie zaliczy ćwiczeń z machania mieczem. Irytujące? Nie tak bardzo jak bycie atakowanym przez pomniejszych przeciwników w trakcie monologu bossa (w tym momencie nie mamy nawet najmniejszej kontroli nad bohaterem). Oczywiście zginąłem kilka razy zanim zorientowałem się, że do komnaty trzeba wejść idąc dokładnie przez środek korytarza (dopiero wtedy nie przyciągniemy do siebie szeregowego tałatajstwa). Była też cała masa pomniejszych błędów, ale pozwólcie, że w trosce o swoje skołatane nerwy je przemilczę. Wracając jednak do fabuły: mimo iż ma spory potencjał, to psują ją najwyżej przeciętne dialogi i kompletnie nijakie postacie. Są słabo napisane i nie wzbudzają absolutnie żadnych emocji. Co, ktoś umiera? *zieeeeew* Skręt (bo zwrotem tego nazwać nie można) akcji? *zieeeeeew* Z drugiej strony bardzo podobała mi się historia drużyny wysłanej lata temu w tym samym celu, opisywana we fragmentach dzienników znajdowanych podczas naszej podróży (spisanych na… bo ja wiem… obeliskach? Tak, to też nie ma sensu).

kuSOTM_2014_07_02_19_06_42_406

Rozgrywka przypomina to, z czym mamy do czynienia w serii The Legend of Zelda. Trochę zagadek, trochę siekania wrogów na plasterki. Niestety, łamigłówki są banalnie proste i zwykle polegają na przeniesieniu przedmiotów na odpowiednie miejsce (pomaga nam w tym unosząca przedmioty w powietrze rękawica). Walka zaś nie posiada jakiejkolwiek głębi. Możemy zaatakować wroga mieczem, wystrzelić paraliżujący pocisk w jego kierunku, albo uskoczyć przed jego ciosem. Żadnych specjalnych ataków, żadnych skomplikowanych kombosów, żadnych dodatkowych zabawek do mordowania. Przez większość rozgrywki działamy według schematu:

1)      sparaliżuj                                                           |             Powtarzać dopóki,

2)      zaatakuj                                                             |             dopóty przeciwnik

3)      odskocz, gdy oponent się obudzi                |             nie umrze.

Niezbyt wyszukane są również walki z bossami (bossem?), w trakcie których oczywiście wyżej podana metoda nie zdaje egzaminu. Są wykonane poprawnie, ale brak w nich jakiejkolwiek świeżości. Znalazło się miejsce nawet na oklepane ze wszystkich stron, niczym twarz zawodowego boksera i znienawidzone przeze mnie, otoczenie bossa pierdylionem pomniejszych przeciwników. Aż tak ciężko wymyślić jakąś dłuższą listę ataków dla „szefa”? Chociaż w sumie dobrze, że sam atakuje nas w jakiś sposób, a nie czeka aż mięcho armatnie przerobi nas na mielone (łapiecie? Mięcho… przerobi nas na mielone… hehe … na mielone… hahaha.. Co?… No dobra…), stojąc jednocześnie w miejscu (tak, na ciebie patrzę Akane the Kunoichi).

kuSOTM_2014_07_02_14_57_41_703

Nie zawiodło mnie natomiast to, za co pokochałem grę od pierwszego zobaczonego skrina. Oprawa graficzna jest obłędna. Poza tym, że jest ślicznie narysowana, wszystko opiera się na cudownej, niewidzianej przeze mnie nigdzie indziej stylistyce. Cholera wie jak ją w ogóle nazwać. To trochę tak jakby skrzyżować irlandzki folklor (razem z tymi wszystkimi druidami, koniczynkami i zielonymi niziołkami… Swoją drogą, w grę oprócz języka angielskiego autorzy zaimplementowali irlandzkie tłumaczenie) ze steampunkiem. Z pomocą przychodzi oficjalna strona twórców. Okazało się, że byłem dość bliski prawdy, ponieważ widnieje tam hasło „celtic-punk”. Ciężko jest znaleźć jakiekolwiek inne określenie, które tutaj pasuje. A oprawa dźwiękowa? Nie da się o nie j powiedzieć nic więcej niż to, że jest przyzwoicie wkomponowana w zbudowany przez grafikę klimat.

kuSOTM_2014_07_02_14_29_17_296

A tak, prawie zapomniałem. Oprócz właściwej rozgrywki gra oferuje nam walki na arenach. Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Te same nudne walki na jeszcze nudniejszych kwadratowych arenach (żeby chociaż jakieś kamienie tam położyli, czy coś…). Czemu więc udało się temu trybowi przyciągnąć mnie do siebie? Banalne rozwiązanie. Sieciowa lista najlepszych wojowników. Oczywiście, nie przylepiło mnie to do komputera na długie godziny, ale siedziałem tam na tyle długo, żeby wbić się na listę top 10 każdej z czterech aren (na dwóch dotarłem nawet na sam szczyt. Gdyby ktoś szukał moich dokonań, to podpisywałem się nickiem Cherny). Chociaż z drugiej strony nie było to aż takie trudne. Gra jest naprawdę mało popularna.

kuSOTM_2014_07_02_14_26_04_421

Czy więc warto wydać pieniądze na opowieść o Ku? O dziwo… tak. I to nie dla ciekawej rozgrywki (która w najlepszym przypadku nie jest nudna), czy jej dopracowania w każdym szczególe (błąd na błędzie i błędem pogania), a dla niesamowitego klimatu i C-U-D-O-W-N-E-J oprawy graficznej. A poza tym, czy graliście w jakąkolwiek celtic-punkową grę?

ZALETY:
5
WADY: