Yooka-Laylee

Przygoda w starym stylu – recenzja Yooka-Laylee

Fani trójwymiarowych platformówek nie mają ostatnio łatwego życia. Gier tego typu wychodzi już bardzo mało, wiele kultowych niegdyś marek zostało zapomnianych (nie tylko przez graczy, ale przede wszystkim przez właścicieli praw do nich), a i twórcy niezależni, którym udało się wskrzesić kilka z pozoru martwych gatunków, jakoś niezbyt chętnie biorą się za skakanie w 3D, skłaniając się raczej do zręcznościówek z ruchem w tylko dwóch osiach. A kiedyś? Ech… kiedyś było zupełnie inaczej.

Druga połowa lat dziewięćdziesiątych i początek pierwszej dekady obecnego wieku były złotymi czasami dla tego gatunku. Pojawiła się wtedy cała masa jego fantastycznych przedstawicieli, a wielu z nich pozostało do dziś w ścisłej czołówce tego typu produkcji. Spory udział miało w tym studio Rare. Oj, ta brytyjska firma była wtedy na fali: Banjo-Kazooie, Conker’s Bad Fur Day, Donkey Kong 64 to tylko część ich dokonań! Niestety, nie grałem w żaden z wyżej wymienionych tytułów, bo nie mam w swoim posiadaniu odpowiedniej konsoli, lecz wystarczy szybki rzut okiem na bardzo wysokie średnie ocen na Metacriticu, żeby wiedzieć, że twórcy w tamtym okresie naprawdę znali się na swoim fachu. Czasy się jednak zmieniają. Teraz Rare odrabia pańszczyznę dla Microsoftu i nie ma czasu na zaspokajanie potrzeb swoich dawnych fanów. Na szczęście część twórców wspomnianych wcześniej hitów odłączyła się, założyła nowe studio i po udanej zbiórce na Kickstarterze (udało im się zgromadzić ponad dwa miliony funtów) wzięła się za tworzenie tego, za co przed laty pokochali ich gracze na całym świecie.

W grze wcielamy się w jaszczurkę Yooka i nietoperzycę Laylee. Ta niezwykła para bohaterów ma za zadanie ocalić świat, którego bezpieczeństwu zaszkodzić chce zły do szpiku kości Capital B. Jego plan polega na zdobyciu magicznej księgi, dzięki której miałby możliwość utworzenia na nowo całego uniwersum, wedle własnego widzimisię. Udaje mu się osiągnąć sukces, lecz tylko połowicznie, bo choć potrzebne tomiszcze zdobył, wyleciały z niego wszystkie strony i rozprzestrzeniły się nie tylko po jego kryjówce, ale też po światach ukrytych w Wielkich Tomach. Na ich poszukiwanie wyrusza nasz zwierzęcy duet, przeżywając w trakcie podróży wiele różnorakich przygód. Fabuła wygląda, jakby została żywcem wyjęta z filmu animowanego dla najmłodszych. I dobrze! Sprawdza się to tu doskonale. Dialogi prowadzone przez głównych bohaterów i napotykane postaci są lekkie, zabawne i często nie zwracające najmniejszej uwagi na obecność czwartej ściany. Wielu graczy ma jednak z nimi jeden, zasadniczy problem: ich udźwiękowienie. Nawiązuje ono do klasycznego Banjo-Kazooie, w którym to wszyscy porozumiewali się między sobą używając długich ciągów chrząknięć, stęknięć, jęknięć i innych dziwacznych odgłosów. Przyznam szczerze, że początkowo dość ciężko mi było to znieść, zwłaszcza, że nie zawsze możemy pominąć odtwarzanie „dubbingu” (na przykład w kilkuminutowym intrze jest to niemożliwe), ale z czasem zacząłem to tolerować, choć fanem tego rozwiązania raczej nigdy nie zostanę.

Dużo lepiej od głosów za to wypadają sami ich posiadacze. Są nie tylko fantastycznie zaprojektowani wizualnie, ale posiadają też niezwykle barwną osobowość. Ubrany w spodnie wąż-przedsiębiorca, co chwila odbierający telefon i próbujący ubić z nami jak najlepszy interes, pani naukowiec, która w wyniku nieudanego eksperymentu stała się pół człowiekiem, pół ośmiornicą, czy też kanciasty dinozaur, fanatyk klasycznych produkcji z automatów, mający problemy z odnalezieniem się we współczesnej grze wideo to tylko część ciekawych indywiduów, które napotkamy w trakcie naszej przygody.

Przejdźmy jednak do konkretów, bo w tym gatunku tak naprawdę nic oprócz dobrej mechaniki się nie liczy. Yooka-Laylee to do bólu staroszkolna platformówka w najlepszym znaczeniu tego słowa. Rozgrywka odbywa się w kilku otwartych obszarach, po których porozmieszczane są wszelakie aktywności i nie można tu narzekać na nudę, co to to nie! Każde postawione przed nami wyzwanie różni się znacząco od pozostałych. Czasem bardziej stawia na zręczność gracza, innym razem sprawdza spostrzegawczość i upór w eksploracji lokacji, albo zmienia zupełnie mechanikę gry. Za każde wykonane zadanie otrzymujemy jedną z zagubionych stron do kolekcji. Można je zdobyć również po prostu podróżując po danym etapie, lecz zwykle są one w zamknięciu i by je wydostać trzeba najpierw znaleźć sposób, pozwalający na uwolnienie ich. A po co, pomijając powody czysto fabularne, zbieramy tę makulaturę? Przede wszystkim po to, by móc dostawać się do kolejnych światów. Twórcy bardzo sprytnie to rozegrali, bo za znalezione kartki możemy nie tylko wykupić dostęp do nowych ksiąg, ale także rozszerzyć te już odblokowane. Pojawiają się w nich wtedy nowe fragmenty etapu do eksploracji i następne zadania do wykonania.

Wrażenie robi bogaty wachlarz umiejętności głównych bohaterów. Choć początkowo nie mamy do wszystkiego dostępu, dość szybko odblokowujemy kolejne zdolności (przy czym większość z nich należy wykupić za porozrzucane na każdym kroku pióra), pozwalające nam na docieranie do miejsc wcześniej dla nas nieosiągalnych. Daje to też nowe możliwości walki z oponentami, choć przyznać trzeba, że starcia z nimi nie należą do zbyt zajmujących. Co innego potyczki z bossami. Te są świetnie zrealizowane i stanowią przyjemne wyzwanie (chociaż przyznam, że poziom trudności ostatniej batalii powodował u mnie napady furii). Pojedynki te również są bardzo zróżnicowane i wymagające od nas wykorzystania posiadanych zdolności na zupełnie nowe sposoby.

Bardzo mnie cieszy, że Yooka-Laylee nie tylko działa świetnie, ale i wygląda bardzo dobrze. Grafika jest ładna i przepełniona żywymi barwami, których wciąż tak bardzo mi brakuje w nowych grach. Zachwyca też doskonały projekt lokacji, choć trzeba przyznać, że poziom zimowy oraz etap na bagnie wyglądają wyraźnie słabiej niż pozostałe. Brakuje w nich czegoś, co by w jakikolwiek sposób przykuwało naszą uwagę. Reszta plansz radzi sobie z tym jednak wyśmienicie, przez co na pewno zostaną w mojej głowie na dłużej. Podobnie jak fantastyczna ścieżka dźwiękowa. Jest skoczna, wesoła i stanowi doskonałe tło dla poczynań naszego wesołego duetu.

Jeśli jest coś, co mi się w grze nie podobało, to zdecydowanie jest to projekt głównego huba, z którego przemieszczamy się do poszczególnych światów. I to wcale nie chodzi o to, że jest nudny, bo roi się w nim od znajdziek i różnych wyzwań dla gracza, a i jego budowa dorównuje tym z najlepszych etapów gry. Problem polega na tym, że całość jest za duża. Niby znajduje się tu kilka punktów kontrolnych, a i jakieś skróty można odblokować, ale jeśli po ponownym uruchomieniu gry muszę przez kilka minut biec do ostatnio odwiedzanej księgi, to zadowolenie z rozgrywki ustępuje miejsca znużeniu i irytacji. Czy tak trudno było pomyśleć o czymś w rodzaju teleportów przenoszących nas w pobliże wcześniej odwiedzonych tomów? Na szczęście poza tą jedną uciążliwością, ciężko dopatrzeć się jakichś innych bolączek. No, poza pracą kamery, bo ta, choć zwykle działa bez zarzutu, czasami zaczyna wariować. A my razem z nią.

Na Yooka-Laylee czekałem od chwili pierwszej zapowiedzi. Na kilometr było widać, że to produkcja tworzona z pasją przez ludzi, którzy doskonale wiedzą jak robić dobre gry i na szczęście nie zawiodłem się na tym tytule ani trochę. To dawka świeżej, cyfrowej paszy dla takich wygłodniałych retro-fanatyków jak ja. Jestem również przekonany, że świetnie bawić się będą również ludzie nie będący fanami growych staroci. To po prostu bardzo dobra produkcja i szkoda byłoby ją ominąć.

Grę możecie zakupić na stronie www.gog.com

ZALETY:
Pierwsza zaleta
Druga
A nawet się skacze
5
WADY:
Pierwsza wada
Trochę długa