Recenzja MilitAnt

Kolejny raz dzieje się to samo i kolejny raz zachodzą w głowę, jak to się mogło stać. Być może biedny, przemęczony główny projektant zasnął przed komputerem, a w tym czasie ktoś dla zgrywy zamienił nazwami pliki „zostaje w grze” i „niedziałające śmieci – usunąć z kodu i zapomnieć”. No po prostu we łbie mi się nie mieści, że to, co miałem wątpliwą przyjemność ogrywać, jest dokładnie takie, jak wymarzyli sobie to twórcy z Xibalba Studios.

militant4

Przygoda z grą zaczyna się zupełnie niewinne. Dowiadujemy się, że różne gatunki robaków toczą spory o krystolit, będący tutejszym źródłem energii. Jest to historia dokładnie tak nudna, jak się wydaje, ale generalnie wisi mi to, biorąc pod uwagę fakt, że do czynienia mam z platformówką, gdzie kiepski scenariusz jest niemal wymogiem gatunkowym. Problemy zaczynają się, gdy przejmiemy kontrolę nad naszą mrówą (no bo wiecie: MilitANT). Od razu po rozpoczęciu rozgrywki zwróciłem uwagę na to, że modele postaci są w jakiś dziwny sposób podświetlone. Wskoczyłem do opcji, ale tam wszystko wydawało się w porządku. Gdy ruszyłem do boju już wiedziałem o co chodzi. To wspomagacze, ułatwiające nam wypatrywanie postaci na ekranie. A po co to w ogóle? Bo to nie platformówka. To cholerny bullet hell!

W mgnieniu oka ekran zaczyna roić się od przeciwników, a kamera oddala się często tak bardzo, że nawet te głupie podświetlenia w niczym nie pomagają. Ale nie jesteśmy bezbronni. Mamy cztery łapy, w których możemy trzymać tyle samo spluw i nóż do rozprawiania się z wrogiem, który podszedł zbyt blisko oraz do odbijania pocisków. Tylko, że celując normalnie rzadko jesteśmy w stanie trafić kogokolwiek. Na szczęście autorzy podali nam pomocną dłoń, oferując automatyczne namierzanie. Wystarczy, że wychylimy prawą gałkę analogową w stronę oponenta, a wszystkie wystrzelone przez nas pociski będą grzecznie zmierzały w jego stronę. Tylko, że system ten działa fatalnie: ciężko o precyzję, zwłaszcza gdy kamera odjeżdża daleko, a nasza mrówka potrafi też ni z gruchy ni z pietruchy przestać interesować się zaznaczonym celem, posyłając kolejne porcje amunicji w powietrze. Jest to tym bardziej irytujące, biorąc pod uwagę, że duża część wrogo nastawionych insektów nie znajduje się na tym sam planie co nasz bohater, więc chcąc nie chcąc, zmuszeni jesteśmy do prób trafienia celownikiem w tych skurczybyków. Jest to bowiem jedyny sposób na posłanie pocisków w ich kierunku.

militant1

Wspominałem już, że poziom trudności jest chory? Nie? No to ten… POZIOM TRUDNOŚCI JEST CHORY!!! Nie mam nic przeciwko trudnym platformówkom, wręcz przeciwnie, uczciwe wyzwanie zawsze przyjmuję z uśmiechem na ustach. Tylko, że MilitAnt z uczciwością nie ma zbyt wiele wspólnego, bo często zgony nie są, tak jak to być powinno, tylko i wyłącznie winą gracza. Weźcie to, o czym pisałem w poprzednim akapicie, dołóżcie jeszcze nieprecyzyjne sterowanie, blokowanie się na zwłokach co większych robali, niemożności trafienia oponenta, gdy podejdziemy do niego zbyt blisko i mnóstwo innych, pomniejszych niedogodności, a będziecie mieli przed oczami pełny obraz przyjemności, jaka płynie z obcowania z tym barachłem.

militant2

Skoro już jestem przy tym jak wymagający jest to tytuł, nie mogę sobie odmówić opowiedzenia o walce z siódmym, przedostatnim bossem gry. I w sumie to trochę spoiler, więc jak jesteście nadwrażliwi, to pomińcie ten akapit, który będzie dla mnie elementem terapii po tych okrucieństwach. Wyobraźcie sobie poziom, w którym niemal cały czas goni Was gigantyczny, mechaniczny pająk. Próbuje on strącić naszego dzielnego owada GIGANTYCZNĄ ilością pocisków (dodam, że trafiony w trakcie skoku bohater spada jak kłoda na ziemię lub, częściej, w przepaść). Krew Was zalewa, ale jakoś przechodzicie całość i docieracie do końcowego starcia. To, co się dzieje dalej to jakaś masakra. Zewsząd zmierza w naszą stronę grad pocisków, pajęczak raz po raz próbuje nas trafić gigantycznymi odnóżami, a w tak zwanym międzyczasie wystrzeliwuje z siebie gniazda produkujące masowo mięso armatnie, dopóki ich nie zniszczymy. Musimy przeżyć dwie trwające po ok. minutę fazy, ostrzeliwując cały czas wroga i nie zadając mu żadnych obrażeń, by w końcu, na jakieś 10-15 sekund się odsłonił i przyjmował nasze pociski. Oczywiście jest wtedy daleko w tle za bohaterem, więc od chwili wystrzelenia pocisku do trafienia mija kilka sekund. Dodam jeszcze, że przez całą walkę kamera jest absurdalnie oddalona, przez co główny bohater jest rozmiaru… no mrówki. Podsumowując: nie widać nic, atakowani jesteśmy nieustannie, a przeciwnik dysponuje taką siłą ognia, że wszystkie punkty zdrowia jest nam w stanie zdjąć w jakieś 2 sekundy. Ciężko mi oszacować ile zajmuje ubicie bydlaka, ale strzelam, że z 4-6 godzin tam spędziłem. Początkowo na próbach z góry skazanych na porażkę, bo do walki niemal wymagany jest oręż z grupy najsilniejszych, a gra w żaden sposób nie komunikuje nam, że będziemy go potrzebowali (oczywiście dostęp do sklepu z bronią mamy tylko pomiędzy poziomami, więc by zmienić spluwę musimy opuścić ten aktualnie rozgrywany). Gdy w końcu mi się udało, nawet się tym nie cieszyłem, tylko wściekły wyłączyłem grę i odszedłem od komputera, by odetchnąć po tym wszystkim. Ktoś w ogóle testował to starcie?!

W to wszystko idealnie wpasowuje się koszmarne polskie tłumaczenie. Wygląda to trochę tak, jakby odpowiedzialna za nie osoba uczyła się polskiego ładnych parę lat, jednak czasem brakowało jej pojedynczych słów czy wyrażeń i te brała z googlowskiego tłumacza. Jeśli nie wyraziłem się zbyt jasno, jako przykład rzucę, że „Credits” z menu głównego przetłumaczone zostało na „Uznania”.

militant3

Nawet nie wiem jak to podsumować. Powiedzieć, że to kiepska produkcja, to tak jak stwierdzić, że leczenie kanałowe bywa nieco bolesne. Gra jest nieprzyjemna, ma często nieczytelny projekt poziomów, jest nieuczciwie trudna, marnie zoptymalizowana i niesamowicie frustrująca. Po prostu nie grajcie w to. Jest wiele przyjemniejszych sposobów na spędzanie wolnego czasu, jak chociażby wbijanie szpilek pod paznokcie, czy rwanie włosów z głowy.