Robin Hood XXI wieku – recenzja Volume

Wydawałoby się, że formuła wszelakich maści skradanek dawno już się wyczerpała, a twórcy nie są w stanie nas czymś zaskoczyć. A jednak, studio Bithell Games pod przewodnictwem Mike’a Bithella (Thomas Was Alone) stworzyło grę mogącą wciągnąć na ładnych parę godzin. Zwłaszcza że Volume, bo o nim dziś mowa, to połączenie skradanki, legendy o Robin Hoodzie, dobrej narracji oraz oryginalnej oprawy graficznej.

volume 6

Robin Hood … i program w rajtuzach (?)

Kto nie słyszał o przygodach Robin Hooda i jego wesołej kompanii? Były seriale, filmy, gry również. Jako że legenda wiecznie żywa, a i jej przesłanie w dobie permanentnego kryzysu wciąż aktualne, to i Mike Bithell postanowił to wykorzystać. Volume to futurystyczna opowieść o rabowaniu bogatych, czyli w tym przypadku chciwych, rządnych władzy i mamony biznesmenów. Jak to się robi w XXI wieku, zapytacie? Ano, hakuje się firmowe oprogramowanie należące do największej, pozbawionej skrupułów mendy, i za jego pomocą dokonuje wirtualnych włamów równocześnie transmitując swe wyczyny na żywo. Oprócz fejmu jaki zyskuje sprawca, reszta społeczeństwa uczy się jak zrobić to samo, tyle że w realu. Podoba mi się ta koncepcja. Pokażmy nienażartym harpagonom w garniakach, pasożytującym na ludziach dobrej roboty, kto tu rządzi! A co!

volume 2

Hood-gadżety

Przed Robem z Locksley – głównym sprawcą całego zamieszania – wiele pracy, bo gra posiada aż sto poziomów. Pierwsze z nich są banalnie proste, ale im dalej w las (a raczej wirtualne biurowce) tym robi się ciekawiej i trudniej zarazem. Każdego bowiem strzegą strażnicy, których trzeba unikać, bo w przeciwieństwie do średniowiecznego łucznika, Rob brzydzi się bronią . Zatem, omijamy, ukrywamy się w szafach, odwracamy uwagę używając wymyślnych gadżetów – a tych z biegiem czasu jest coraz więcej. Mamy do dyspozycji między innymi, oddity – urządzenie przyciągające uwagę, czy mute – wyciszający nasze działania. Oprócz tego możemy korzystać z niewidzialności czy innych przydatnych umiejętności. Oczywiście strażnicy są również zróżnicowani, tak jak i przeszkody oraz pułapki na nas czyhające. Inteligencja oponentów jest jednak raczej niska, a w grze nie ma zaimplementowanych różnych poziomów trudności, toteż rozgrywka została tak zaplanowana, by stawała się coraz trudniejsza wraz z liczbą pokonanych plansz.

volume 3

My precious…

Z każdego poziomu musimy zebrać wszystkie gemy, aby otworzyć przejście do następnego. Po drodze możemy (ale nie musimy) czytać notki tekstowe, maile pracowników Gisborne Industries, czy też porady i tipy. Do tego dochodzą dialogi Roba, Alana (zhakowany program) oraz samego Gisborna – głównego antagonisty. To wszystko składa się na całkiem niezłą warstwę fabularną. Muszę jednak przyznać, że postać Alana jest, moim skromnym zdaniem, największym atutem Volume. Świetnie zagrany przez Dannego Wallace’a – niezapomnianego głosu narratora z Thomas Was Alone. Alan, jak już wspomniałam, to program służący do działań militarnych w Gisborne Idustries, do tego ubolewa, że nie posiada wolnej woli, jest zabawny i emocjonalny, a na dodatek zawsze ma własne zdanie. Niezawodny kompan każdego hakera. Andy Serkis (fenomenalna kreacja Golluma w filmowej ekranizacji Władcy Pierścieni), wcielający się w Gisborna, również daje wspaniały popis umiejętności. Niestety w porównaniu z nimi, Rob wypada bardzo słabo. Youtuber Charlie McDonnell jest po prostu w tej roli kiepski, nijaki, anemiczny, nie okazuje żadnych emocji – a przecież ratuje kraj do cholery! To już nawet audycja radiowa o rododendronach wydaje się być żywsza niż główny bohater. Nie wiem czy jest to spowodowane wytrawna grą pozostałych postaci, przy których wypada on blado czy po prostu chłopak się do tego po prostu nie nadaje. Wiem jedno – im dłużej go słuchałam tym bardziej było to irytujące.

Volume 1

Jeśli chodzi o grafikę to jest to coś, co zasługuje w Volume na wyróżnienie. Jest oryginalna, ujmująca geometryczną prostotą i kolorami, i jeszcze ta futurystyczna stylistyka – coś pięknego! A przejście z kolejnych poziomów jest po prostu mistrzostwem świata – aż miło popatrzeć na rozpływający się obraz, który powraca w nowej konfiguracji. Muzyka również stoi na wysokim poziomie. David Housden – człowiek odpowiedzialny za ścieżkę dźwiękową do Thomas Was Alone – doskonale sprawdził się i tym razem. Udało mu się połączyć nowoczesną oprawę graficzną z instrumentami epoki średniowiecza. Mandolina, cymbały plus nieco starsze chińskie erhu i chórki w holywoodzkim wręcz brzmienu – bardzo udane połączenie. Muzyk doskonale wie jak podkreślić zarówno klimat rozgrywki, jak i jej tempo.

Volume 4

Dziurawe rajtki Robina

Niestety gra posiada parę wad, o których muszę wspomnieć. Po pierwsze miałam problem z działaniem pada Rumblepad 2. Twórcy zapewniają, że produkcja posiada pełne wsparcie dla kontrolerów. No, niestety nie do końca. Na początku nie działał mi klawisz odpowiadający za ukrywanie się przy ścianie, i w ogóle nie było rozpisanych przycisków na pada. Dopiero po wprowadzeniu łatki dodano możliwość zmiany konfiguracji, ale i tak nie działa mi to jak powinno – czasami następuje reset do ustawień domyślnych przy próbie jakiejkolwiek ingerencji z mojej strony. Jeśli chodzi o sterowanie za pomocą klawiatury, to również przed aktualizacjami były podobne niedogodności co z padem. Teraz na szczęście wszystko śmiga jak trzeba. Twórcy bardzo szybko reagują bowiem na uwagi graczy i mają z nimi wspaniały kontakt – nie dziwota zatem że z błędami rozprawiają się błyskawicznie. Chwała im za to! Cieszy również fakt, że w ostatniej łatce dodano polską wersję językową.

volume 5

Słowo końcowe

Volume to najprościej rzecz ujmując skradanka w rzucie izometrycznym, gdzie naszym zadaniem jest unikanie strażników przy pomocy wymyślnych gadżetów i umiejętności nabywanych z biegiem czasu. Tylko tyle i aż tyle. Wydawać by się mogło, ze taka formuła rozgrywki jest nieco wyczerpana, ale studio Bithell Games pokazało, że jest dokładnie na odwrót. Podobały mi się wstawki tekstowe czy to prywatnej korespondencji czy też fragmenty artykułów z gazet – ot, taki miły przerywnik w złodziejstwie w imię wyższego dobra. Skrada się też całkiem przyjemnie, zarówno od strony mechaniki rozgrywki, jak i strony wizualnej. Szkoda tylko, że gdy rozszyfrujemy schemat poruszania strażników to gra może stać się nieco monotonna – mimo że konstrukcja poziomów jest bardzo dobra (pomimo paru wyjątków), to po przejściu kilkudziesięciu z nich mamy wrażenie, że niczym szczególnym się od siebie nie różnią. Ale jeśli komuś mało wrażeń, to z pewnością ucieszy go fakt, że gra posiada wbudowany edytor poziomów, dzięki któremu można stworzyć nową zawartość i podzielić się nią z graczami łasymi na nowe doświadczenia w złodziejskim fachu.