Speedrunnerski raj – recenzja Shadow Blade: Reload

shadow_blade_3

Przyznać się muszę bez bicia na początku tego tekstu, że nigdy bliskie memu sercu nie były klimaty ninja, ani tak naprawdę nic, co wiąże się mniej lub bardziej z kulturą japońską. Jednocześnie nie darzyłem do tej pory sympatią gier, które nakazują mi jak najszybsze przechodzenie etapów, bo narzucają one pośpiech, jakże niewłaściwy w profesji skrupulatnego recenzenta.

I mimo, że Shadow Blade: Reload łączy oba opisane wyżej przypadki, to przypadło mi do gustu już od pierwszych minut.

W grze wcielamy się w postać młodego adepta Kuro, dążącego do perfekcji w opanowaniu wszelakich technik ninja pod okiem swojego wiekowego mistrza, Shiro. Najazd członków wrogiego klanu burzy jednak względny stan pokoju, co skutkuje ucieczką protagonisty wraz ze świętą relikwią, by ta nie trafiła w ręce zachłannych agresorów. Po powrocie zaś, Kuro odnajduje się w sytuacji prawdziwej, krwawej wojny o ów tajemniczy medalion, skrywający nie tylko tysiącletnie sekrety, lecz również niewyobrażalną potęgę, którą, rzecz jasna, chcą posiąść dosłownie wszyscy.

shadow_blade_5

Ogólnie rzecz biorąc, nie jestem wielkim fanem tego typu opowiastek, i choć kolejne znaczące wydarzenia prezentowane są w całkiem efektownym stylu komiksowym – bardzo pasującym do konwencji, warto dodać – to tak naprawdę zbyt dużej uwagi do warstwy fabularnej nie przykładałem. Być może dlatego, że voice-acting stoi na dość mizernym poziomie, a być może dlatego, że Shadow Blade: Reload koncentruje się nie na opowiadaniu historii, a na imponującej tempem rozgrywce.

Jest to bowiem pierwszej klasy zręcznościowa platformówka, która, dzięki przemyślanemu designowi kilkudziesięciu poziomów, przetestuje umiejętności bodaj każdego gracza. Nie wystarczy ślamazarne przeskakiwanie z platformy na platformę – w grze liczy się przede wszystkim czas, z jakim dany etap ukończymy. W głównej mierze na jego podstawie (a także ilości zgonów oraz zebranych, nazwijmy to obrazowo, diamentów i trudno dostępnych… flag?) zostajemy każdorazowo ocenieni, co z kolei przekłada się na nasze miejsce w globalnym rankingu. Rzecz jasna nie ma to większego wpływu na przebieg rozgrywki, nie wpływa nawet na jakiekolwiek upgrade’y, których tu niestety zabrakło, ale jedno jest pewne – Shadow Blade: Reload to istny raj dla wszystkich miłośników speedrunów i pojedynkowania się z bliźnimi na wykręcone rekordy.

3708835
W pokonywaniu kolejnych przeszkód, które dla praktycznie 99% ludzkości byłyby niemożliwymi do przejścia, Kuro wykorzystuje swoje nadnaturalne wręcz zdolności ninja. Dzięki takowym bowiem nie tylko jest w stanie przeskoczyć całkiem spory dystans pomiędzy kolejnymi platformami, ale także w mgnieniu oka odbijać się z jednej ściany na drugą czy nawet zmienić kierunek w powietrzu! Tego typu bajery cieszą oczy i jak najbardziej dają wszelkie możliwe narzędzia, by konkretny poziom przejść w mistrzowskim tempie. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że sterowanie jest bardzo intuicyjne, responsywne i wszelkie niepowodzenia wynikają wyłącznie z błędów gracza, nie zaś z niedociągnięć programu.

Żeby jednak nie było zbyt łatwo, często na naszej drodze staną śmiercionośne przeszkody, które zabijają Kuro przy pierwszym możliwym kontakcie. Wszelkiej maści bomby, lasery czy elektryczne pułapki to jedne, choć nie jedyne z utrudnień na nas czekające. Tu bowiem dochodzą kwestie fabularne – wrogie klany zwyczajnie wysyłają nam naprzeciw swoich maruderów, którzy, podobnie jak my, potrafią całkiem zręcznie władać bronią białą.

Shadow Blade: Reload to zatem również w jakimś stopniu slasher, choć system walki został tu zredukowany niemalże do minimum. Jeden klawisz odpowiada za ataki mieczem, drugi zaś za miotanie zabójczymi shurikenami. W praktyce wygląda to tak, że gracz wydaje komendę ataku, zaś program, w zależności od przeciwnika oraz sytuacji, w której owo polecenie zostało wydane, dostosowuje animację ataku do najbardziej akurat pasującej. Widząc niektóre ewolucje Kuro z jego pokaźnym tasakiem w ręku aż chciałoby się mieć nieco większy na to wpływ, ale bez wątpienia twórcy chcieli utrzymać system walki w atmosferze minimalizmu, wprowadzając jednocześnie trochę różnorodności w całej rozgrywce.

Poziom trudności kolejnych walk jest rzecz jasna rosnący, choć nigdy nie miałem odczucia, że stanowi choć niewielkie wyzwanie. Oczywiście, przy pojedynkach z dwoma jegomościami strzelającymi samonaprowadzającymi się rakietami bywało ciężkawo, jednak kilka wygibasów Kuro i cwaniaczki z wyrzutniami mieli, brzydko mówiąc, wyprute flaki. Pojedynki z bossami potrafią jednak dać w kość, bowiem trzeba nie tylko wygłówkować na nich taktykę już podczas walki, ale i wciąż obowiązują w ich trakcie i lecący czasomierz, i zasada „jednego ciosu”. Jednocześnie konkurujemy ze znaczącymi postaciami z fabuły, zatem jest w grze jakieś poczucie kontynuacji i trzymania się przysłowiowej kupy.

shadow_blade_1
Ukończenie kampanii zajęło mi niecałe cztery godziny (średnio jakieś trzy minuty na poziom), zaś noty przeze mnie otrzymywane wahały się dość drastycznie, od będącego dla mnie porażką D- do najwyższego możliwego S. Po ukończeniu kolejnych fragmentów historii istnieje możliwość powtarzania poszczególnych poziomów na wyższym poziomie trudności, choć przyznam się, że zabrakło mi odwagi (i czasu). Poza trybem fabularyzowanym, twórcy przygotowali także dziesięć wyzwań, które faktycznie już w pierwszych sekundach zachodzą za skórę i zwyczajnie okazują się dużo trudniejsze od tych zaprezentowanych podczas kampanii. Do tego jeszcze dochodzi całkiem intuicyjny edytor poziomów, dający możliwość własnoręcznego stworzenia kolejnych etapów. Innymi słowy, Shadow Blade: Reload zapewnia kilka godzin naprawdę zacnej zabawy. W dodatku, ci zainteresowani kręceniem coraz lepszych wyników będą w wirtualnym niebie, mogąc spędzić w grze co najmniej kilkanaście godzin.

Przyczepić za bardzo się nie mogę także do samego przygotowania technicznego. Gra śmiga płynnie na leciwym nawet sprzęcie ze zintegrowaną kartą graficzną i ani razu nie doświadczyłem jakichkolwiek spadków owej płynności wyświetlanego obrazu. Program zmusił mnie jednak raz do zrestartowania poziomu, kiedy postać Kuro dosłownie wpadła w ścianę i nie była w stanie się wydostać, zatem błędy mogą wystąpić, choć zdecydowanie w pojedynczych przypadkach. Z kolei artystyczna wizja Shadow Blade: Reload jak najbardziej przypadła mi do gustu – jest przejrzyście, różnorodnie (zwiedzimy zarówno ulice miast, jak i podziemia czy wnętrza budynków), po prostu solidnie.

shadow_blade_4
Podsumowując mój wywód powiem, że gra, mimo że jest portem z platform mobilnych, bezapelacyjnie znalazła swoje miejsce wśród najlepszych produkcji niezależnych, w jakie miałem okazję zagrać w tym roku. Prosta w założeniach, a jednocześnie bezkompromisowa, opierająca się wyłącznie na umiejętnościach manualnych gracza. Przyjemna w odbiorze, a zarazem potrafiąca dać w kość czy nawet zirytować co mniej opanowanych użytkowników. Z drugiej strony, Shadow Blade: Reload mogło zostać potężnie rozbudowane, chociażby o kilka wariantów uzbrojenia, system rozwoju postaci czy bardziej zaawansowany model walki. No ale jakiś materiał na sequel musi zostać, prawda?