Siostry w natarciu czyli recenzja Giana Sisters: Twisted Dreams

Nie dajcie się zwieść! Może Giana Sisters: Twisted Dreams wygląda jak kolejna słodka gra dla dziewczynek i chłopców w każdym wieku i sprawia wrażenie idealnej produkcji na niedzielne popołudnie z rodziną, ale to tylko pozory. Chociaż, jeśli wspomniana familia będzie w wystudiowanym uśmiechu pokazywała śnieżnobiałe zęby, będziemy bliżej prawdy o tym, czym jest ta gra.

Z mojego pierwszego kontaktu z Gianą nie pamiętam zbyt wiele – zaledwie rozpikselowaną blond czuprynę i ręce, które parę sekund po starcie zmierzały w stronę pada ze słowami: „daj, nie umiesz”. Ręce, głos i Commodore64 należały do mojego ciotecznego brata, a ja w tym czasie zdążyłem już zginąć nieprawdopodobną ilość razy. W ten sposób rozstaliśmy się z jasnowłosą bohaterką na długie lata, a jej ślad zacierał się coraz bardziej w mej pamięci wraz z każdą kolejną produkcją ogrywaną już na własnym Pegasusie. Po tych wszystkich latach wróciła, by dać mi kolejną szansę. Grzechem byłoby nie skorzystać. 

giana0

Wprawdzie podróżowanie między wymiarami mającymi wpływ na wygląd lokacji i jej elementów nie jest pomysłem nowym, ale okazuje się, że ciągle drzemie w nim spory potencjał. Patent ten niemieckie studio Black Forest Games postanowiło uczynić motywem przewodnim swojego dzieła. Giana trafia za swoją siostrą do świata snów. Wszystko przez nadmierną fascynację pewnym diamentem, a jak się okazuje bohaterka ma z diamentami zdecydowany problem, bo w jej pobliżu, na przestrzeni dwudziestu kilku plansz, żaden się nie uchowa. Poza pasją do świecidełek widać, że dziewczynka miała pewien epizod z wieloosobowością, z której może nie tyle się wyleczyła, co w pełni nad nią zapanowała. No prawie. Mimo że z widzącej demony blondyneczki w piekielnej otchłani jest w stanie w dowolnym momencie zamienić się w rudowłose emo widzące świat przez różowe okulary, to jednak korzystanie ze specjalnych umiejętności (spowalniające opadanie piruety bądź mordercza szarża w dowolnym kierunku) wymusza przeniesienie się do konkretnego wymiaru. Ale kto by się przejmował takimi szczegółami, gdy trzeba ratować siostrę z rąk opasłego (dosłownie) gada.

Chociaż poruszamy się w dwóch wymiarach, świat i wszystkie jego elementy są trójwymiarowe. Styl wykonania budzi skojarzenia z King’s Bounty i Torchlightami – jest baśniowo, trochę karykaturalnie i kolorowo do oporu. W trakcie przechodzenia kolejnych plansz przygrywa nam jedna z kilku wpadających w ucho kompozycji. Chociaż z tą jedną to nie jest tak do końca prawda – owszem, pomimo zmian wymiarów melodia zostaje ta sama, za to kompletnie zmienia się aranż – słuchamy wersji sielsko-anielsko-przedszkolnej (chociaż jakimś cudem nie jest irytująco albo żenująco infantylna) lub heavy-metalowej bajki z epickimi solówkami gitary i innymi takimi. Numerów jest sporo, wszystko niesamowicie trzyma poziom i jest doskonale zgrane (żadnych zgrzytów podczas zmiany wymiaru). Na dodatek pomysł, by to wszystko połączyć w przewrotny sposób (agresywna ruda emo wersja zmaga się ze słodkimi ptaszkami wśród domków z piernika przy dźwiękach heavy-metalu, podczas gdy niewinna mała złotowłosa dziewczynka przy muzyce z domowego przedszkola przedziera się przez błoto, lawę i zastępy demonów) choć może wydawać się dziwny, był w stu procentach trafiony. Wszystkie trybiki są świetnie dopasowane i naoliwione, nie ma żadnych zgrzytów…

Nie licząc zgrzytania naszych zębów. Bo pomijając nowoczesny design, ta gra to swoiste the best of platformówki ever. Autentycznie przypomniały mi się czasy katowania (chociaż tu w sumie trudno ustalić, kto z tych konfrontacji wychodził bardziej poturbowany) najbardziej wymagających produkcji na NES’a. Każde dotknięcie ptaszka, demona, zatrutego kwiatka, ostrego kolca bądź lodowej igły kończy się śmiercią. Mamy też lawę i jeziora kwasu (które lubią czasem podnieść swój poziom), loty w bańkach, znikające platformy, diabelskie młyny z platform i śmiercionośnych czaszek. Na ruch bądź widoczność niektórych z nich wpływ ma to, w którym wymiarze obecnie się znajdujemy. Takich smaczków jest dużo więcej, większość wymaga głównie skupienia i wzbicia się na wyżyny zręczności (co przy dokładnym sterowaniu wcale nie jest takie znowu trudne). Czasem jednak trzeba rzucić mięsem, krzyknąć – „nie, to niemożliwe!” – i próbować do skutku. Gęsto i sensownie rozmieszczone checkpointy oddzielają od siebie każde większe wyzwanie, a na każdej planszy można znaleźć dodatkowy diament pozwalający na popełnienie jednego błędu. No i są też wspomniane na początku ręce, tylko tym razem nie zabierają pada, tylko ściskają mocno i nie pozwalają odejść od monitora. Nawet gdy ginie się naprawdę często.

giana sisters 4

Hurtowo przyjdzie nam umierać podczas walk z bossami. Ci, to wśród pocztu wszystkich wirtualnych wielkich, złych i brzydkich, prawdziwe „stejki”, nie jakieś tam kanapeczki. Tutaj bez cierpliwości myśliwego, chirurgicznej precyzji i spokoju godnego sapera się nie obejdzie. Bo chociaż sposób na każdego jest prosty, trzeba czasu i niejednej śmierci, by go poznać. Potem zostaje zdać się na małpią zręczność i ten łut szczęścia, gdy o włos, w ostatniej chwili „to my jego, a nie on nas”. W wykonaniu karkołomnej czynności pomaga też wywijanie padem (true story!). Emocje i szczęście z sukcesu jak, nie przymierzając, podczas egzaminu na prawo jazdy, tylko że tu można sobie spokojnie odtańczyć w pokoju taniec zwycięstwa. Lub głośno krzyknąć najbrzydsze znane słowo, co kto lubi.

giana sisters 2

Uratowanie siostry wcale nie musi oznaczać końca wizyty w świecie snów. Nagrodą za przejście każdej planszy z odpowiednią ilością diamentów w kieszeni i niskim wskaźnikiem umieralności są gwiazdki. Pewna ich ilość jest potrzebna do odblokowania plansz z bossami, zebranie reszty, tak samo jak odnalezienie super-hiper dużych diamentów odblokowujących dodatki, jest zupełnie opcjonalne. Jako że mamy swobodny dostęp do odblokowanych etapów, stanowi to kuszące przedłużenie rozgrywki. Jest też punktowana gra na czas i tryby dla prawdziwych twardzieli – pozbawione checkpointów lub nawet zapisu między planszami. Osobiście nie miałem odwagi.

Te śnieżnobiałe uśmiechy zrelaksowanej, amerykańskiej (jak tylko się dało) rodziny spędzającej czas przy Pegasusie, będę miał w głowie do końca życia, bo na karton z ich zdjęciem jak i w ekran telewizora napatrzyłem się naprawdę sporo. I chociaż u mnie ten model wyglądał zupełnie inaczej (siedzimy z bratem na podłodze w piżamach krzywiąc się w dziwnych pozach, krzycząc na siebie – „moja kolej!” – i do siebie – „o nie, a było tak blisko!” – matka grozi z kuchni, że jak się nie uspokoimy, to będzie szlaban, a ojciec daje nam jeszcze pół godziny i koniec, bo potem mecz), a gry, w które grała owa rodzinka, zamiast uśmiechu budziły swoim poziomem trudności raczej chęć mordu, to i tak były najlepsze na świecie, bo pozwalały być herosem dokonującym niemożliwego. I dokładnie taka jest Giana Sisters. Piękna i kolorowa oprawa skrywa przeprawę przez wszystkie standardy dwuwymiarowych gier platformowych, podczas której każdy odkryje w sobie wojownika o najzręczniejszych palcach, a także nauczy się, że z każdą porażką sukces ma lepszy smak.

Rozrywka na najwyższym poziomie (nie tylko trudności).

Gra aktualnie dostępna jest w serii wydawanej przez Techland (Dobra Gra) za 20zł.

 Maciek Ejsymont

dobra gra

ZALETY:
5
WADY: