Sprawiedliwość powraca czyli recenzja The Incredible Adventures of Van Helsing

Van Helsing wielkim bohaterem był. Jego legenda rosła przez dziesięciolecia, a kolejne przygody i ich wariacje opisywał niejeden kronikarz. Jak się okazuje, gdzieś między tymi mrożącymi krew w żyłach przygodami, znalazł też czas na romans, którego owocem jest młodzieniec będący bohaterem niniejszej historii.


Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Młody Van Helsing poszedł w ślady ojca i stara się jak może, by jego nazwisko utrzymywało się wysoko w Panoramie Firm pod zakładką „Łowcy”. I wcale nie chodzi tu o polowania na jelonki. Bardziej o ogromne wilkołaki z jeszcze większymi zębami, albo przebrzydłe harpie z morderczymi pazurami. I całą resztę tego pogańskiego tałatajstwa, co to najpierw je wymyślają z nudów, a potem strach iść do lasu na grzyby. Starając się być na czasie, młody łowca musiał poszerzyć wachlarz świadczonych usług o zmutowane lub zmechanizowane, przerośnięte zwierzęta oraz inne mechaniczne zabawki niosące śmierć i zniszczenie.

Jego pomocnicą, wierną towarzyszką i opiekunką jest Lady Katarina – duch kobiety, która przywędrowała za ojcem ze wschodnich rubieży i postanowiła zostać z rodziną na zawsze. Jak każda kobieta i ta ma dwie twarze – na co dzień zadbana, o nienachalnej urodzie, trochę uszczypliwa z charakteru, jednak gdy w pobliżu czai się niebezpieczeństwo, wychodzi z niej prawdziwy demon. I nie mam tu na myśli paznokci, krzyku i latających patelni. Serio – demon.

Naszą uroczą parkę poznajemy w pięknych okolicznościach przyrody i zupełnie odwrotnych okolicznościach sytuacji, gdy to na drodze do kolejnego zlecenia zostają napadnięci. Po wozie, którym jechali, pozostał ino pył, a nam przychodzi pomóc im w dotarciu na miejsce pieszo. No i w wykonaniu zadania – ale to chyba oczywiste.

Podczas przygody, pokonując całe armie wrogów, zarówno Van Helsing, jak i jego towarzyszka, zdobywają doświadczenie i punkty umożliwiające rozwój. Decydować musimy o cechach (siła, zręczność, itd.) i umiejętnościach. I tu w sumie jest najwięcej zabawy. Bo raz, że mamy dużo możliwości (oddzielne drzewa na miecze, broń palną + czary i modyfikatory), a dwa, że zawsze gdzieś w pobliżu kręci się Książe Cyganów, który tak potrafi zamotać, że człowiek nie wie kim jest i można „stworzyć się” na nowo. Nie obejdzie się bez utraty gotówki, ale naszemu bohaterowi, jako renomowanemu specjaliście, pieniędzy nigdy nie brakuje. Są też talenty stworzone na wzór perków z Fallouta. Równie fajne i równie ciężko się zdecydować, bo miejsc mało, a wybór ogromny.

Podczas grania możemy ustawić maksymalnie cztery kombinacje akcji wykonywanych lewym i prawym klikiem, po dwa na broń sieczną i palną. Ręka nieobsługująca myszki wcale nie odpoczywa – co rusz trzeba używać eliksirów i czarów lecząco-ochronnych. Dodatkowo w trakcie walki naszemu pogromcy rośnie poziom furii, który można wykorzystywać na użycie dodatkowych modyfikatorów do ataku.


Sama walka to cud, miód i orzeszki, zwłaszcza na późniejszych etapach, gdy możemy korzystać z bardziej wymyślnych metod anihilacji potworów. Osobiście trochę mnie bolało, że magia została potraktowana bardziej jako ciekawostka i nie jest wystarczająco potężna, by stać się wiodącym narzędziem mordu. Poza tym nie mam zastrzeżeń. Jest też pseudocrafting znany choćby z Torchlighta (umieszczanie esencji w broni i pancerzu), ale zarówno on, jak i cały wielki magazyn broni uzbierany na wrogach, nie wzbudził we mnie jakichś większych emocji.

Nie wywołanie szczególnych zachwytów przez niektóre elementy też można uznać za plus. Czemu? Bo gra przedstawia poziom, do jakiego przyzwyczaiły nas produkcje z najwyższej półki. Grafika – prześliczna, szczegółowa, wielokolorowa, atakująca feerią wszelkich możliwych efektów. Animacje są płynne i dokładne, wrogów mnóstwo. Lokacje są rozległe i różnorodne – przemierzamy lasy, jaskinie, fabryki, kanały i coś na kształt praskiego starego miasta. Wszystko zachwyca pięknem oraz przemyśleniem projektu i wykonania. Dosłownie estetyczna bomba – tylko zamiast wybuchu nasze uszy zalewa wspaniale skomponowana i zrealizowana klimatyczna muzyka.

Tyle słodziłem, że wyszedł mi całkiem duży tort. Nie może więc zabraknąć wisienki. Niespodziewanie, w tym intensywnym hack ‚n slashu, rzeczą która zachwyciła mnie najbardziej, była fabuła i sposób jej prowadzenia. Główny wątek opiera się na elektryfikacji miasta i zbyt demonicznej wizji jednego z naukowców, która doprowadziła do pomieszania baśni z technologią. Mamy więc coś na wzór steampunku, tylko z elektrycznością zamiast pary. I od groma Easter Eggów. Ich ilość, jakość i poczucie humoru z jakimi zostały podane, niesamowicie rozładowują napięcie powodowane intensywną rozgrywką i autentycznie wywołują uśmiech na twarzy. Tak samo jak pogawędki z sarkastyczną Katariną – świetnie napisane i równie dobrze zdubbingowane.

Dla zagorzałych patriotów jest też polska wersja dialogów. Nie wiem, kto ją zrobił, ale jest świetna. Wszystko jest zgrabnie przetłumaczone i poza tekstem opisu niemieszczącym się czasem w oknie ładowania i jednym źle przetłumaczonym dialogiem, nie ma się do czego przyczepić.

Mówi się, że jaki ojciec, taki syn. I według mnie ród Van Helsingów jest dobrym przykładem na potwierdzenie tego starego porzekadła. Bo młody łowca, tak jak kiedyś jego ojciec w książkach i filmach, jest na najlepszej drodze, by wpisać się na stałe do grona największych tępicieli zła elektronicznej rozgrywki. Fabularne mistrzostwo świata, satysfakcjonująca sieczka i najwyższy poziom wykonania.

Maciek Ejsymont

ZALETY:
5
WADY: