Steampunkowa walka z systemem – recenzja The Swindle

Szwindel. Co o tym słowie niemieckiego pochodzenia mówią słowniki języka polskiego? „Pospolite oszustwo, zwłaszcza w interesach”, „przekręt”, w końcu „szachrajstwo”. W mniej lub bardziej dokładny sposób wyrażenia te odzwierciedlają to, czym trudnimy się w The Swindle.

Steampunkowa Anglia ery wiktoriańskiej. Dokładnie za sto dni Scotland Yard uruchomić ma innowacyjne urządzenie, zdolne do ciągłego monitorowania każdego, nawet najciemniejszego zaułka Londynu, zwane tu The Devil’s Basilisk. To z kolei nie współgra do końca z naszymi planami zawodowymi, bowiem profesja włamywacza stanie się po owym czasie zwyczajnie niemożliwa do wykonywania. Głównym zadaniem w The Swindle jest zapobiegnięcie tej straszliwej nawet do wyobrażenia tragedii poprzez wykradnięcie diabelskiego mechanizmu przed jego oficjalnym oddaniem do użytku.

The Swindle
The Swindle

Niestety, brzmi to dużo prościej, niż się wydaje. Przed przystąpieniem do skoku stulecia, zbieramy fundusze nań niezbędne w kilku innych dzielnicach miasta. Sto dni to dokładnie sto pomniejszych włamań o rosnącym poziomie trudności. Jeśli nie wyrobimy się w terminie, czeka na nas rozgrywka od samego początku, bez jakichkolwiek wcześniej zdobytych bądź zakupionych profitów. Jest to przejrzysty, acz trochę dyskusyjny system – przy pierwszym podejściu doszedłem ledwie do czwartego dystryktu, nie myśląc w ogóle o możliwości ujrzenia zakończenia.

Dzięki takiemu właśnie konceptowi spędziłem z grą kilkanaście godzin, dość szczegółowo odkrywając kolejne rozwiązania samej mechaniki rozgrywki, jak i dostrzegając naprawdę utrudniające czerpanie przyjemności z obcowania z The Swindle niedociągnięcia i błędy. Samą jednak ideę produkcji autorstwa brytyjskiego studia Size Five Games uznać należy za spory pozytyw. Zręcznościowa skradanko-platformówka, testująca nie tyle nasze umiejętności manualne, co kreatywność i cierpliwość, osadzona w interesującym koncepcie fantastyczno-historycznym wydaje się być co najmniej smakowitym kąskiem dla każdego miłośnika indyka w sosie własnym.

The Swindle
The Swindle

I tak być powinno, jednak jako że The Swindle należy do gatunku tych gier, które nie wybaczają jakichkolwiek błędów gracza, łatwo tu o frustracje niemalże od pierwszych minut. Choć precyzyjne sterowanie to absolutna podstawa do choćby umiarkowanego sukcesu w produkcji tego typu, nasz złodziejaszek często nie reaguje poprawnie na wydawane za pomocą klawiatury bądź pada komendy, co skutkuje w przeważającej ilości przypadków bezmyślnym i niezawinionym przez gracza zgonem. A stracić życie w świecie przedstawionym przez The Swindle jest bajecznie łatwo, bowiem na każdym kroku czyhają uzbrojeni po zęby stróże prawa, latające drony z działkami obrotowymi, mechaniczne roboty w służbie Jej Królewskiej Mości czy snajperzy-najemnicy. Na dodatek z każdym kolejnym skokiem pojawia się coraz więcej pułapek środowiskowych – doły z kolcami, pionowe słupy elektryczne i miny to ledwie początek całej zabawy.

Przy takiej ilości zagrożeń sprytne lawirowanie pomiędzy kolejnymi korytarzami jest koniecznością, bowiem wystarczy chwila nieuwagi, a system monitoringu wznieca alarm, który dodatkowo przywołuje oddziały policji z pobliskiego posterunku. Ucieczka w jednym kawałku i, być może, jeszcze z jakimś łupem, w tego typu okolicznościach powoduje szybsze bicie serca. Pomijając skrajne przypadki nieprecyzyjnego sterowania, zaplanowanie perfekcyjnego wlotu do budynku jest możliwe przede wszystkim ze względu na brak ograniczeń czasowych. Gracz może przyjrzeć się układowi pomieszczeń z każdej możliwej strony, zaś po wykupieniu kilku konkretnych upgrade’ów niemalże stworzyć wirtualną mapę okolicy.

The Swindle
The Swindle

The Swindle nie testuje bowiem w pierwszej kolejności naszych umiejętności zręcznościowych, bowiem te można porównać w sumie do najprostszych gier z tego gatunku, a raczej strategiczne podejście do rozwoju naszych postaci. Nawet największy kozak nie zrobi absolutnie nic w tej grze bez nawet podstawowych umiejętności włamywania się do komputerów, hackowania zamkniętych drzwi, możliwości wykonywania podwójnego czy potrójnego skoku i tym podobnych. Tego typu atrybuty to ledwie wstęp do tych bardziej wysublimowanych, które niezbędne będą do pomyślnego ukończenia finałowego skoku. Teleportacja, maskowanie, podręczne bomby, zdalna detonacja czy nawet zdolność do zawiśnięcia na pionowej ścianie, są kluczowe pod koniec naszej przygody.

Ten system rozwoju postaci oferuje sporo rozwiązań. Jednocześnie przy każdym kolejnym zakupie odczuwamy, że nabyliśmy umiejętność, która ułatwia nam w praktyczny sposób kolejne włamania. Problem pojawia się jednak przy temacie losowo generowanych celów włamań. Samo w sobie należy odnotować to za wielki pozytyw, bowiem nawet po kilkunastu godzinach potrafimy znaleźć się w danej sytuacji i konfiguracji po raz pierwszy. Losowość ma jednak także drugą stronę – przede wszystkim, podczas pierwszych akcji natrafić możemy na całkowicie niedostępne na tym stadium rozgrywki miejsca z wypełnionymi gotówką terminalami – bez bomb czy podwójnego skoku jest to zwyczajnie niemożliwe. Niejednokrotnie więc odchodzimy z niczym, marnując jakże cenny dzień. Malkontenci zaś narzekać będą, że zebranie sporej fortuny w The Swindle graniczy z cudem i faktycznie tak będzie – jeśli nie zaopatrzymy się wcześniej w odpowiednie upgrade’y.

The Swindle
The Swindle

Czynnik losowości występuje również w przypadku rozmieszczenia patrolujących strażników prawa i sprawiedliwości. Często znajdują się oni na przestrzeni „jeden na jeden”, bez jakiejkolwiek możliwości poruszania się, co w praktyce oznacza prawdziwe trudności w unieszkodliwieniu ich bez wywołania alarmu. Będąc już przy tym temacie, w The Swindle pojawiło się kilka dość nielogicznych rozwiązań. Przede wszystkim irytuje fakt, że przeciwnicy są w stanie ukatrupić naszego złodziejaszka przez okno, podczas gdy my musimy w pierwszej kolejności je wybić, co zajmuje kilka sekund cennego czasu. Niezrozumiałe były również sytuacje, gdy roboty bez żadnych zapowiedzi spadały z krawędzi prosto w miejsce, gdzie spokojnie czyhałem na ich żywot. Bang, kolejny dzień stracony.

Ogromne oklaski należą się brytyjskiemu studiu za rzemieślniczą, ręcznie malowaną oprawę wizualną, która zachwyca szczegółami, idealnie wkomponowując się w realia steampunkowej, wiktoriańskiej Anglii. Pochwalić trzeba przede wszystkim projekty kolejnych przeciwników oraz ich bezbłędne animacje. Biorąc pod uwagę jakość techniczną The Swindle, świetną wiadomością dla graczy będzie fakt, że gra działa całkowicie płynnie na zintegrowanej karcie graficznej, zatem dostępna jest dla szerokiej rzeszy potencjalnych nabywców. Dodatkowo potwierdzam informację, że Windows 10 nie ma żadnych problemów z obsługą programu.

The Swindle
The Swindle

Jednak nawet bardziej od artystycznej oprawy graficznej przypadł mi do gustu soundtrack – z jednej strony trzymający w napięciu, z drugiej zaś nie przeszkadzający swoją nachalnością w momentach, kiedy potrzebujemy skupienia. Sytuacja zmienia się diametralnie przy wykryciu naszego złodziejaszka przez któregoś z patrolujących robotów lub system monitoringu. Wówczas linia melodyczna kilkukrotnie przyspiesza, osiągając poziomy niemalże dyskotekowej techniawy. I bynajmniej nie jest to mój zarzut w kierunku The Swindle, bowiem genialnie buduje to napięcie ucieczki. Z perspektywy czasu jestem w stanie stwierdzić, że dawałbym się łapać na gorącym uczynku tylko w celu usłyszenia tej dynamicznej, bombastycznej muzyki.

Pomimo pewnych uchybień zarówno w koncepcie całej gry, jak i w końcowym wykonaniu,
The Swindle to naprawdę wciągający indyk, który nie wybacza żadnych, nawet najmniejszych błędów, lecz z drugiej strony nie pozwala oderwać się od ekranu monitora. Dawno nie miałem syndromu „jeszcze jednego”, jednak przy tym tytule, za każdym posiedzeniem odczuwałem nieodpartą chęć ukończenia kolejnego skoku. Kończąc swój przydługi wywód muszę zwrócić jeszcze uwagę na cenę, docelowo ustaloną na piętnaście euro. Zazwyczaj bardzo przykładam wagę do współczynnika cena/jakość, a w przypadku The Swindle w moim odczuciu jest on dodatni. W końcu spędziłem kilkanaście godzin na rabowaniu losowo generowanych budynków, nim udało mi się ostatecznie ocalić zawód profesjonalnego włamywacza od niechybnej zagłady.

ZALETY:
5
WADY: