Świet(l)na włócznia, czyli Lichtspeer

Twórcy niezależni, to sprytne bestie, które potrafią nawet z pozornie prostych mechanik, stworzyć coś niepowtarzalnego. Idealnym przykładem takiego zabiegu jest właśnie Lichtspeer, które łamie stereotyp, że gra prosta jest grą nudną, zakrawającą o umieszczenie jej w odmętach niezliczonej ilości nieudanych tytułów. Jak zatem przekuć taką ideę w coś, co dostarczy rozrywki nawet najbardziej wymagającym graczom? Cóż, odpowiedź jest banalnie prosta: wystarczy dodać olbrzymy, lasery, intensywny róż i morsy na deskorolkach.

lichtspeer_2016_09_30_10_53_24_763

Jeżeli przyjdzie się zderzyć z debiutanckim projektem Polaków ze studia Lichthund, zauważycie, że ma on fabułę, co wcale nie musi być oczywiste, szczególnie zważywszy na fakt, że mamy do czynienia z rozgrywką, która wspaniale sprawdziłaby się w salonach z automatami. Po wybraniu jednego z dostępnych dla naszego bohatera imion, mój nieprzyzwoicie przystojny Johan stanął przed obliczem boga. Ten, widocznie nad wyraz znudzony życiem wiecznym, daje protagoniście niezwykle ważne zadanie – zapewnienie godziwej rozrywki. A cóż może bawić wszechmogącego bardziej niż bezmyślna przemoc i hektolitry przelanej posoki? Zsyła więc swemu wybrańcowi najdoskonalszą z broni – świetlną włócznię, by następnie bez zbędnego smęcenia, zalać nas tak absurdalnie dużą ilością przeciwników, że bez obaw zaspokoiłby nią pragnienia najzagorzalszych fanów serii Serious Sam.

lichtspeer_2016_09_30_11_16_19_767Na pierwszy rzut oka mechanika w grze zdaje się być niezwykle banalna. Ot, celujemy lewą gałką analogową i rzucamy spustem. Zastanawiacie się więc zapewne, jako i ja się zastanawiałem, oglądając trailery i przypominając sobie ograne dawno temu, na jakimś branżowym evencie demko (które, nawiasem mówiąc przemieliło mnie na kotlety), jak twórcom udało się urozmaicić swój twór do takiego stopnia, by nie nudził on gracza już przy pierwszym starciu. Ku mojemu zaskoczeniu autorzy Lichtspeer są ludźmi nad wyraz pomysłowymi, gdyż wycisnęli wszystko, co tylko się dało z tej zgoła prymitywnej mechaniki, wprowadzając na każdym kroku przeróżne urozmaicenia. Sama zmiana położenia bohatera na planszy wystarcza, by sporo namieszać w rozgrywce, nie wspominając o zmianie kierunku rzutu, bądź konieczności odpierania ataków w samym centrum wydarzeń, kiedy to kreatury nacierają na nas z każdej ze stron. Zdarza się również, że kamera lub bohater przemieszcza się na szczyt wzniesienia, czy też zostają uruchomione mordercze mechanizmy, które trzeba jak najszybciej wyłączyć za pomocą trafienia w odpowiedni przycisk. Często to wszystko dzieje się w tym samym momencie, a w gestii gracza leży, by szybko wziąć poprawki na zmieniającą się na ekranie sytuację. Obecność coraz to nowych fal oponentów nie pozostawia choćby chwili na nudę, bo przyjdzie się nam zetrzeć z różnorodnymi i niezwykle wymagającymi przeciwnikami. Na szczęście, w sytuacjach kryzysowych mamy możliwość wsparcia się mocami specjalnymi, takimi jak spowolnienie czasu, czy też moje ulubione przywołanie niezliczonej ilości włóczni, czyszczących cały ekran z prących w naszą stronę hord nieprzyjaciela. A jak wypadły starcia z bossami? Moim zdaniem to czysta poezja, gdyż te wyśmienicie zrealizowane potyczki wymagają od nas używania włóczni w sposób zupełnie odmienny od tego, do którego przyszło nam się przyzwyczaić. Można rzec, że są one wspaniałą nagrodą za trud włożony w doczłapanie się do końcowej fazy etapu, a wyjście z nich zwycięsko daje masę satysfakcji.

lichtspeer_2016_10_09_17_27_05_779

I tu dochodzimy do cechy, przez którą sporo osób może się od Lichtspeer odbić. Chodzi o nieprzyzwoicie wysoki poziom trudności. Pierwsze etapy, choć stawiają pewne wyzwanie, nie są szczególnie wymagające i zaliczenie ich bez skuchy nie wydaje się być jakimkolwiek wyczynem. Nie trzeba jednak długo czekać, by poprzeczka zaczęła wędrować niewiarygodnie wysoko, przez co już w połowie gry można się nabawić sporych kompleksów, nie wspominając już o tym, co dzieje się podczas jej końcowych sekwencji. Przyrównać ją można do totalnego chaosu, wciągającego gracza nosem, którego zaliczenie sprowadza się często do wkuwania na pamięć kiedy i gdzie pojawiają się co bardziej upierdliwi złośliwcy. Dużo czasu minęło, odkąd jakaś gra doprowadziła mnie do takiego szału jak Lichtspeer. Ma to jednak swoje plusy – wydaje mi się, że wymyśliłem kilka zupełnie nowych wulgaryzmów.

Opisując tę grę nie sposób jest przejść obojętnie obok oprawy graficznej, jest ona bowiem jedyna w swoim rodzaju. Zresztą, spójrzcie tylko na screeny. Szczególne wrażenie wywarły na mnie projekty oponentów, różniących się od siebie nawet w zależności od tego, na jakim terenie występują. Design poziomów urzeka swoją rozmaitością, gdy podczas naszej świętej misji trafiamy między innymi do Egiptu, z obowiązkowymi piramidami w tle. Znajdziemy się również na biegunie skutym lodem z dużą ilość wygłodniałych morsów. Oprawa dźwiękowa nie ustępuje reszcie fantastycznych cech tej gry. Muzyka idealnie wpasowuje się w specyficzny klimat sparodiowanego, antycznego germańskiego świata, ułatwiając wpadnięcie w trans podczas hipnotycznego rozłupywania światłem kolejnych czerepów. Przyznać muszę, że, choć na co dzień elektronicznej muzyki nie tykam nawet kijem przez szmatę, to w przypadku tego soundtracku mam ochotę zrobić wyjątek i posłuchać go w wolnym czasie.

lichtspeer_2016_09_30_13_21_17_467

Lichtspeer to niezwykle udany debiut naszych rodaków. Rozgrywka uzależnia jak w mało której produkcji, budząc przy okazji w graczu pierwotne instynkty („nie, nie pójdę spać, dopóki nie przejdę tego %#&%# !!!”). Polecam każdemu, tylko uważajcie by w furii spowodowanej niezliczoną ilością zgonów nie poprzegryzać tętnic osobom postronnym.