Symulator wyrzutów sumienia – recenzja gry Beholder

Są takie zawody, które wydawać się mogą dla przeciętnego człowieka niezwykle nudne. Weźmy takiego zarządcę domu. Co ma interesującego w zakresie obowiązków? Jakież ciekawe historie powstają podczas jego pracy? No ziewać się chce na samą myśl. Nie dziw zatem, że nie ma zbyt wielu dzieł kultury opowiadających o tej profesji. Wszak każdy sobie zdaje sprawę, że nie da się stworzyć angażujących historii na ten temat. To znaczy prawie każdy, bo twórcy z rosyjskiego Warm Lamp Games tego nie wiedzieli i to zrobili.

W Beholderze wcielamy się w postać Karla Steina, obywatela fikcyjnego, totalitarnego państwa, który właśnie zaczyna pracę na wspomnianym we wstępie stanowisku. Jednakże, zanim na dobre rozpocznie się nasza służba, zostajemy poinstruowani o obowiązkach na nas czekających. Szybko okazuje się, że dbanie o prawidłowy stan budynku i zapewnienie dobrych warunków życia lokatorów to nie najistotniejsze z naszych powinności. Głównym zadaniem jest zbieranie danych o mieszkańcach, zwracanie uwagi na potencjalne zagrożenia i poszukiwanie dowodów na łamanie prawa. Pozyskane informacje grzecznie przekazujemy Ministerstwu Porządku, na którego garnuszku żyjemy. Wszystko to w imię Wielkiego Wodza. Brzmi znajomo? No cóż, raczej nieprzypadkowo akcja gry dzieje się w roku 1984.

Rozgrywka to coś z grubsza przypominającego przygodówkę. Chodzimy po budynku, zwracamy uwagę na wszystko co wydaje się podejrzane i rozmawiamy z mieszkańcami, często pomagając im z różnorakimi problemami. Oczywiście tylko po to, by chwilę potem, gdy wyjdą ze swojego mieszkania, wejść do niego (mamy zestaw kluczy do wszystkich pomieszczeń, o czym lokatorzy, rzecz jasna nie wiedzą), a następnie przegrzebać wszystkie meble i sprzęty w poszukiwaniu informacji, które mogłyby być dla nas użyteczne, montując przy okazji tu i ówdzie ukryte kamery, dzięki którym nie będziemy musieli już więcej podglądać ich przez dziurkę od klucza. Wszystko oczywiście po to, by móc sporządzić odpowiedni raport. Jegomość spod trójki interesuje się teatrem i fotografią? Dzięki nam wie o tym również Ministerstwo. Pod łóżkiem trzyma butelkę napoju gazowanego, którego spożywanie zostało zakazane przez wczorajszą rządową dyrektywę? Tym gorzej dla niego, gdyż policja zaraz się o tym dowie i zawiezie gagatka tam, gdzie miejsce jego i podobnych mu darmozjadów, nie wypełniających swoich obowiązków wobec państwa. No, chyba że odpowiednio zmotywuje nas do zachowania dyskrecji, wręczając przy tym należytą sumę pieniędzy.

Oczywiście możemy zignorować wszystkie znalezione brudy. Założenie, że będziecie dobrą postacią, która nie splami się żadnym wątpliwym moralnie uczynkiem należy już na samym początku wywalić do kosza. Bez zbierania informacji, kradzieży, szantaży i donoszeniu na obywateli nasi pracodawcy szybko zaczynają się na nas złościć, a i momentalnie ucierpimy przez brak pieniędzy, których dużych ilości w późniejszych etapach rozgrywki będziemy rozpaczliwie poszukiwać. To właśnie kształtowanie protagonisty jest najbardziej interesującą częścią rozgrywki. Tylko od gracza zależy czy Karl ślepo będzie wypełniał swoje obowiązki, donosząc nawet na własne dzieci, czy też odda ostatnie pieniądze komuś, kto naprawdę ich potrzebuje lub wesprze działania walczących z obecnym ustrojem rewolucjonistów. Każde zadanie składa się z wyborów, które mają istotny wpływ na dalszą opowieść, a finalnie na zakończenie. Żeby decyzji nie podejmowało się zbyt łatwo, to zarówno za złe jak i dobre uczynki otrzymujemy punkty autorytetu. Te pozwalają na zakup nowych kamer i wyciąganie większej ilości informacji od naszych rozmówców.

Duży udział w budowaniu fantastycznej atmosfery Beholdera ma bardzo dobra oprawa graficzna. Wszystko, jak można się spodziewać jest szaro-bure, a na tle tego smutnego otoczenia wyróżniają się ludzie, będący cali czarni, z konturami zaznaczonymi białymi liniami. Chyba nieprzypadkowo przypominają bardziej ludzkie cienie niż rzeczywiste osoby. Są przy tym bardzo kreskówkowi, co ciekawie kontrastuje z klimatem produkcji. Całość podkreśla klimatyczna ścieżka dźwiękowa i całkiem przyzwoity polski dubbing, którego, szczerze mówiąc, kompletnie się nie spodziewałem. Zaznaczyć przy tym należy, że głosem przemawia do nas tylko narrator, a bohaterowie porozumiewają się między sobą różnymi mruknięciami i burknięciami (no dobra, w grze pojawia się jeszcze jeden głos, ale nie ma sensu o nim mówić, bo: a) spoilery; b) zagrał go ten sam aktor).

Czy coś mi się nie spodobało? Przede wszystkim głupota sztucznej inteligencji, która wścieka się na nas, gdy zostaniemy przyłapani na szwendaniu się po zajmowanych przez nią pomieszczeniach, a nie ma nic przeciwko gdy widzi, że otwieramy zamknięte przez nią zamki w drzwiach albo wybiegamy z domostwa dosłownie na sekundę przed tym, jak do niego wejdą. Ja rozumiem, że głupim narodem łatwo jest sterować, no ale bez przesady! Postaci mają też tendencję do przenikania się z drzwiami gdy te zamykają się, a oni stoją w progu. Zignorowałbym to, gdybym widział to raz czy dwa, jednak dzieje się to bez przerwy, bo nasi domownicy właśnie w tym miejscu odbywają z nami rozmowę, gdy do nich zapukamy! Błąd ten niestety rzutuje na odczuwaną przez nas immersję. Niesamowicie irytował mnie też fakt, że za wykonanie akcji i bieg odpowiada ten sam przycisk (grałem na kontrolerze). Nie raz traciłem cenne sekundy, w ciągu których zdołałbym umknąć przed wracającymi do siebie sąsiadami, bo zamiast zmusić protagonistę do ruszenia pędem w kierunku wyjścia, otwierałem menu z dostępnymi działaniami.

Beholder jest ucieleśnieniem tego, za co kocham gry niezależne. Twórcy wpadli na pomysł, którego, wydawać by się mogło, nie da się przekuć na grę. Nie dość, że producentowi udało się tego dokonać, to jeszcze efekt jego prac jest niezwykle przyjemny w odbiorze. To jak, jesteście gotowi by zająć miejsce gospodarza domu pod adresem Kruszwice 6?

ZALETY:
5
WADY: