W umyśle sadysty – recenzja Masochisii

Grymas sceptycznego zmieszania przebiegł po mojej twarzy już w pierwszych sekundach po włączeniu Masochisii – bohaterki niniejszej recenzji, a jednocześnie pierwszego komercyjnego produktu wytworzonego rękoma samotnego dewelopera, Jona Oldblooda. Słowo „produkt” jest w tym miejscu niezbędne, gdyż sam twórca, w krótkim ostrzeżeniu wyświetlanym tuż po naciśnięciu przycisku „Start”, wyjaśnia, że nie traktuje swojego dzieła jako gry w czystym tego słowa znaczeniu, a raczej interaktywną historię, program, pełen kontrowersyjnych i delikatnych tematów. I właśnie ta kontrowersyjność była źródłem mojego sceptycyzmu – rzadko kiedy wychodzi to dobrze.

Spójrzmy prawdzie w oczy: jeśli gra dotyka „trudnych” tematów, wchodzi na bardzo szerokie oraz sporne terytorium. Po jednej jego stronie dumnie stoi nasze ojczyste This War of Mine. Tytuł niezwykle innowacyjny oraz wciągający, w wyjątkowy sposób poruszający ciężką kwestię życia cywilów podczas konfliktu zbrojnego. W jego ślady powinny zmierzać wszystkie produkcje aspirujące do miana „poważniejszych”.

Druga strona jest zaś reprezentowana przez gry zwyczajnie ciężkie w odbiorze i, w moich oczach, nad wyraz często pseudo-artystyczne. Zazwyczaj ubogie w formę, starają się zaczarować odbiorców rzekomą głębią treści przepełnionej do bólu metaforami, w rezultacie jednak stanowiąc twory na tyle nieambitne co książki Paulo Coelho. Nierzadko zbierają przy tym pozytywne opinie, moje zdanie stawia mnie więc najwyraźniej w pozycji mniejszości mocno zrażonej do gier pokroju The Path. Masochisia, niestety, trafiła jednak w moje ręce, a jest to dzieło idealnie wpasowujące się w opisywaną przed chwilą kategorię.

2015-11-02_00003

Mamy tu do czynienia z klasyczną formułą point-and-click, chociaż do zwyczajnej przygodówki tej produkcji daleko. Zagadek tu nie uświadczymy, a i zbierania przedmiotów, tak charakterystycznego dla gatunku, też jakoś zbyt mało. Trzon rozgrywki skupia się na prowadzeniu niejasnych i zawiłych rozmów z nieco niepokojącymi postaciami, przede wszystkim członkami rodziny głównego bohatera, o równie niejasnych i zawiłych charakterach oraz intencjach. Dialogi są napisane poprawnie – wystarczająco dobrze, by zainteresować, ale przy tym nadmiernie metaforyczne, zahaczające często o niebezpieczną granicę quasi-metafizycznego bełkotu.

Z rozmów dowiadujemy się natomiast, z czym to wszystko się właściwie je i jaki jest cel naszej przygody. Nie zdradzę wiele, gdy ujawnię, że gra skupia się przede wszystkim na problematyce patologii rodzinnej, ze szczególnie mocnym uwzględnieniem alkoholizmu oraz przemocy domowej, oraz ich wpływu na rozwój dziecka. Temat bez dwóch zdań poważny, aczkolwiek na tyle specyficzny, że podany w formie zaserwowanej przez twórcę, zwyczajnie nie mógł trafić do mnie – do osoby, która miała szczęście uniknąć tego typu problemów. Uważam, że Masochisii w kwestii przedstawienia zagadnienia daleko chociażby do wydanego trzy lata temu Papo & Yo, skupiającego się na bardzo zbliżonej tematyce, a wykonanego wielokrotnie lepiej.

2015-11-02_00004

Pomimo licznych metafor obecnych w rozmowach z postaciami oraz w samej wizji świata przedstawionego, w momentach bezpośrednio związanych z problematyką przemocy, takich jak kłótnia z matką czy scena pobicia głównego bohatera przez ojca, produkcja Jona Oldblooda, w przeciwieństwie do wspomnianej przed chwilą kanadyjskiej gry, stawia na niezwykle obrazową brutalność. Mimo to, zamiast szoku czy obrzydzenia, elementy te wzbudzały we mnie przede wszystkim poczucie zakłopotania. Bardziej niż widoku poćwiartowanego ciała obawiałem się, że do mojego pokoju w najmniej odpowiednim momencie może wejść ktoś, komu ciężko będzie wytłumaczyć, dlaczego z moich głośników przez zdecydowanie zbyt długą chwilę rozbrzmiewają odgłosy bicia pasem, którym wtóruje szloch dziecka. Takich „smaczków” jest tutaj, niestety, niemało. Dyskomfort więc występuje, lecz w nieco innej formie niż było to zamierzone.

Oprawa wizualna jest bardzo specyficzna. Z bliżej nieokreślonych przyczyn, na cały obraz nałożono filtr przypominający zakłócenia telewizyjne. Nie do końca współgra to z ewidentnie komiksową i przerysowaną wizją artystyczną świata. Nie mogę przy tym jednak zarzucić Masochisii brzydoty. Postacie oraz krajobrazy są zdecydowanie na tyle charakterystyczne i ciekawe, że zapadną mi w pamięć na dłużej. Szkoda, że tego samego nie mogę powiedzieć o muzyce, która moją uwagę zwróciła wyłącznie w jednej lokacji; w pozostałych zaś pozostając zupełnie nieuchwytną dla mojego całkiem wymagającego ucha.

Miałem ogromny problem z wystawieniem końcowej oceny tej produkcji. Nie mogę powiedzieć, że bawiłem się dobrze podczas tych trzech godzin spędzonych na przechodzeniu Masochisii. Zdaję sobie jednak sprawę, że „dobra zabawa” zupełnie nie była zamierzeniem autora. Ciężar tematyki oraz mroczna atmosfera miały stanowić dwa główne walory tej produkcji. Gdyby tylko jeszcze zostały odpowiednio przemyślane i dopracowane…