Wrażenia z wczesnej wersji Layers of Fear

O dostępnym w usłudze Steam Early Access Layers of Fear zrobiło się ostatnimi czasy naprawdę głośno. Steamowa społeczność pieje z zachwytu, a branżowe media wychwalają. Wszyscy tylko krzyczą, jakie to jest dobre. I jak ja mogę się do tego odnieść ze swojej perspektywy? No cóż… Kończcie szybciej tę grę! CHCĘ PEŁNIAKA!

Layers Of Fear_2015_09_11_12_40_33_247

Layers of Fear to przedstawiciel gatunku „mamo, mogę dziś spać z tobą?” (znanego też tu i ówdzie jako horror). W grze wcielamy się w malarza, który pragnie odzyskać jedyną cenną rzecz, jaką miał w swoim życiu. W tym celu pojawia się w tajemniczej rezydencji i… to w sumie tyle. W trakcie przygody nasz protagonista znajduje różne przedmioty, które przywołują wspomnienia nakierowujące nas delikatnie na nasz cel… a może i nie, bo większość fabuły jest wycięta z wersji early access i pojawi się dopiero premierze. Trzymam mocno kciuki, bo potencjał na dobrą historię ma naprawdę duży.

Rozgrywka jest raczej symboliczna. Chodzimy po domu (możemy też biegać, ale nasza postać zdecydowanie nie należy do wysportowanych), otwieramy kolejne drzwi, oglądamy przedmioty, czytamy listy i wycinki z gazet, od czasu do czasu podnosimy przedmiot, bez którego nie przejdziemy dalej. Blisko temu do tzw. symulatora chodzenia – całe mięcho tej gry to wszystko, co rozgrywa się wokół nas i sprawia, że w nocy będziemy mieli problemy z zaśnięciem.

Layers Of Fear_2015_09_11_12_33_43_860

Layers of Fear jest naprawdę ładne, nawet na najniższych ustawieniach graficznych (patrz screeny). Zbudowany w XIX-wiecznym stylu dom artysty robi wrażenie już od samego początku (najbardziej zachwyciła się moja karta graficzna, która na najwyższych detalach zaczęła się pocić i gruźliczo kaszleć, choć należy wspomnieć, że mój sprzęt do high-endowych nie należy). Lokacje są wykonane z dbałością o szczegóły i mają one spory wpływ na budowanie klimatu tak gęstego, że można go kroić na plasterki. Swoje robi też świetna ścieżka dźwiękowa, idealnie pasująca do całości.

Fabuła, grafika, bla, bla, bla… Przejdźmy do najważniejszego zagadnienia: czy gra umie przestraszyć? I to jak! Co najlepsze, tutaj straszenie rzadko sprowadza się do rzucania nam czymś nagle w twarz (co oczywiście straszy, ale jest to dość łatwe zagranie). I bez tego zmieniałem portki co pół godziny. Klimat jest gęsty, buduje nastrój grozy, a straszaki są idealnie umiejscowione (zwykle nie tam, gdzie się ich spodziewamy). Mnóstwo rzeczy dzieje się za naszymi plecami. By nie być gołosłowny postaram się to jakoś opisać: wchodzisz do pomieszczenia, z którego nie ma przejścia dalej, a w międzyczasie znikają drzwi, którymi tu wszedłeś – zaczynasz panikować, wszędzie łazisz i czekasz aż coś się stanie, a wtedy rozpętuje się piekło (albo i nie, autorzy bardzo umiejętnie bawią się naszym strachem). Milutko.

Layers Of Fear_2015_09_11_13_47_18_793

Należy zaznaczyć, że gra już teraz jest dopracowana. Poza jednym małym wyjątkiem (przeczytałem notatkę znajdującą się w zamkniętej szafce bez otwierania jej) nie uświadczyłem jakichkolwiek błędów. Jest jednak rzecz, która okazała się dla mnie bardzo bolesna: gra jest bardzo krótka. Udało mi się ją ukończyć w niecałe 2 godziny. Czas ten oczywiście ulegnie wydłużeniu, jednakże nie nastawiałbym się na coś dłuższego niż trzy godziny. Nie ma nic złego w krótkich grach, ale Layers of Fear straszy tak dobrze i jest tak przyjemne, że chce się tego więcej i więcej.

Rany, jakie to dobre. Wszystko wskazuje na to, że Layers of Fear będzie magnum opus krakowskiego Bloober Teamu. Gratuluję już teraz i nie mogę się doczekać oficjalnej premiery. Czeka na nią każda cząsteczka mojego ciała.