Wycieczka po fabryce orzeźwienia, czyli Super Lemonade Factory

Mógłbym tę recenzję zacząć od tego, jak bardzo kocham gry w stylu retro. Nie zrobię jednak tego. Mógłbym zacząć od wyliczanki dowodów na to, że nie ma lepszego gatunku gier wideo niż platformówki. Tak też nie uczynię. Nie będę nawet próbował rozgryźć jak można było wymyślić taki tytuł dla gry komputerowej. Nie w takim stanie. Moje nerwy są skołatane, lecz udało mi się je ukoić okładem z myśli, że „już to przeszedłem”. Co ciekawe, do takiego stanu nie doprowadził mnie fakt, że gra jest niegrywanym potworkiem. Gra się w nią całkiem przyjemnie. Niestety, ta produkcja nie chciała mojej miłości, odrzucając ją raz po raz…

Desktop_2014_07_18_22_58_46_406

Zacznijmy jednak od początku. Mamy piękny, słoneczny dzień, a ja, jak na nerda z krwi i kości przystało, siedzę w domu przed komputerem i uruchamiam świeżo ściągniętą ze Steama grę. Otworzyła się w oknie… okej, nie ma problemu, zaraz to zmienię w opcjach. O, można tu też włączyć obsługę pada (granie w platformówki na klawiaturze? Litości). Żeby móc grać kontrolerem trzeba wykonać restart gry? Dziwne, ale okej, już resetuję. Hmm… znowu otworzyła się w oknie? Czyli nie zapisały się ustawienia… Ale przecież mogę sterować padem… Dobra tam, jeszcze raz ustawiam pełny ekran w ustawieniach i ruszam na podbój superaśnej fabryki lemoniady. Hmm.. całkiem fajne to… Ej! Czemu to się zawiesiło? Dobra, odpalam jeszcze raz… Czemu uruchamiasz się w oknie?! *5 minut później* Jaki znowu problem z aplikacją?! *10 minut później* Kolejna zwiecha?! *3 minuty później* Czemu to się wyłączyło bez pytania mnie o zdanie?! Zaraz mnie szlag trafi!

Desktop_2014_07_18_23_00_09_390

Nie da się ukryć, gra robiła wszystko, żebym tylko jej nie ukończył. Jednakże, jako iż ludziom z Internetów udało się ją bez problemu ukończyć (bardzo im się nawet podobało), to istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że Wy na te problemy nie natraficie. Pominę więc dalsze narzekanie (a wiedzcie, że nazbierało się tego we mnie całkiem sporo) i spróbuję zapomnieć o problemach technicznych. Mamy tu do czynienia z platformówką, w której musimy doprowadzić 2 postacie do drzwi z napisem „exit”. Wspomnianymi bohaterami są Andrew mogący niszczyć wielgachne skrzynie za pomocą szarży lub też dźwigać na barkach swą żonę, Liselot. Ta z kolei, oprócz tego, że bez problemu wykonuje podwójny skok, to jeszcze umie porozmawiać ze swoim mężem oraz pracownikami fabryki, którą to główny bohater dostał w spadku po swoim ojcu. By ją przejąć, musimy przejść każdą przygotowaną przez autorów planszę. Cel należy osiągnąć umiejętnie, używając zdolności obojga postaci. Możemy to zrobić samemu, po prostu przełączając się pomiędzy małżonkami albo z towarzyszem/towarzyszką w trybie kooperacji przy jednym komputerze (tej drugiej opcji nie przetestowałem – za bardzo lubię moich znajomych, by kazać im grać ze mną w grę wieszającą się co 5 minut). Po drodze musimy omijać pracowników, ponieważ każdy kontakt z nimi kończy się.. śmiercią. Serio, giniemy. Nie mam pojęcia kto wpadł na tak genialny pomysł, ale… śmierć?! Dziwi to tym bardziej, że gdy z nimi rozmawiamy, nie są do nas wrogo nastawieni.

Desktop_2014_07_18_22_59_45_390

Uruchomienie gry było też moim kolejnym zetknięciem się z kompletnie nierozumianym przeze mnie mieszaniem stylów. Z jednej strony mamy postacie, które są tak rozpikselizowane jak tylko się dało, z drugiej zaś plansze, na których zagęszczenie pikseli na centymetrze kwadratowym jest dużo większe. W tak zwanym międzyczasie z głośników wydobywa się chip n’ tune’owa muzyka (swoją drogą 4-5 utworów to chyba trochę za mało). Kurcze, co z tego, że każdy ze składników jest niezłej jakości, skoro pasują do siebie jak pięść do nosa? To tak jakby wymieszać w jednym garnku ziemniaki, rabarbar i pęto kaszanki, zagotować, a potem dziwić się, że to dziwnie smakuje.

Desktop_2014_07_18_22_59_24_640

Twórcy zadbali też o rozrywkę dla platformówkowych hardkorowców, przechodzących Contrę na jednym życiu, z zakrytymi oczami i prawą ręką przykutą do kaloryfera. Gdy klikniemy w przycisk „HARDCORE” znajdujący się na ekranie wyboru plansz, otworzą się przed nami wrota do piekieł. Wszystkie oryginalne poziomy pozmieniano tak, by przeciętny gracz ginął co 5 sekund. Takiego stężenia kolców (które jak w każdym porządnym platformerze są śmiercionośne) na centymetrze kwadratowym to ja dawno nie widziałem. Z chęcią bym ruszył w tym wyścigu ze śmiercią, ale zwiecha pod koniec pierwszego poziomu uzmysłowiła mi, że po czymś takim bez wątpienia musiałbym się poddać jakiejś terapii. Mamy też tryb „OLDSCHOOL”, czyli jak to bywało drzewiej, my i nasze trzy życia kontra reszta świata. Ech, tylko czemu ta gra odbiera mi przyjemność obcowania z tym, co jest w niej najfajniejsze?

Desktop_2014_07_18_22_59_24_640

Podsumowanie? Proszę bardzo. Nie najgorsza platformówka z paroma nietrafionymi pomysłami. Jeśli kupić, to tylko w bundlu. W bundlu, w którym będą jeszcze jakiś inne, ciekawsze gry. Wtedy można to odpalać raz na jakiś czas jako miły odpoczynek od poważniejszych produkcji. No chyba, że macie tak dużego pecha we wszystkim jak ja (choć odnoszę wrażenie, że to niemożliwe). Wtedy będzie wam się wieszać/wyłączać co 5 minut i o jakimkolwiek odpoczynku możecie zapomnieć. Pozostaną tylko krew, pot i łzy.

ZALETY:
5
WADY: