Zabijmy się jeszcze raz – Angvik

Jaka ładna platformówka. Taka kolorowa i przyjemna. I wszystko byłoby dobrze… Gdyby nie te cholerne małpy, węże, dzikusy i kolce. Szczególnie kolce. I ptaki.

Bo Angvik to świetny przykład gry, gdzie przystępując do niej, nie wiemy co nas czeka. Nie mówię, że to źle! Wręcz przeciwnie. Lubię gdy gry mnie zaskakują, okazując się czymś innym niż z początku zakładałem. Szczególnie gdy mimo wszystko tak bardzo mnie wciągają. Nie żebym teraz siedział i grał tylko w Angvika, ale wracam do niego, raz na dzień. I zdecydowanie krótkie posiedzenia są najlepsze, bo mimo iż cieszę się dużym pokładem cierpliwości, na Angviku czasem można zjeść zęby.

Samobójstwo #123 czas zacząć.
Samobójstwo #123 czas zacząć.

Nie wiem czy mieliście okazję grać w pierwszą Castlevanię, tę z NESa, w czasach gdy na kardridżach nie było zbyt dużo miejsca na content, więc poziom trudności był tak wyśrubowany, żeby dotarcie do napisów końcowych wymagało tysięcy podejść – aby gra starczyła mimo wszystko na długo. W efekcie, pewnie wiele osób, w tym ja, do ostatniego bossa nigdy nie dotarła. Albo go nie pokonała.  Angvik zdaje się być hołdem dla starej szkoły. Na dzisiejsze czasy można powiedzieć, że jest jak Dark Souls wśród platformówek. Widzicie gdzie z tym zmierzam? Jest trudno. Może nie jakoś hardcore’owo trudno, ale jednak trudno. Mamy jedno życie, którego koniec oznacza powrót do samego początku i podjęcie misji od nowa. Nie ma tu miejsca na przebaczanie, a każdy przeciwnik, choćbyśmy nie wiem jak go już znali, ma spore szanse zakończenia naszego wirtualnego żywota. W efekcie, najdrobniejszy błąd może się okazać katastrofalny.

Nieuważny podróżnik #243 dekoruje scenerię w następnym podejściu
Nieuważny podróżnik #243 dekoruje scenerię w następnym podejściu

Wciąż zainteresowani?

No to już od początku. W przeciwieństwie do wspomnianych tytułów, Angvik nie jest mroczny. Daleko mu do tego. Jak już widzieliście na screenshotach, mamy tu do czynienia z kreskówkową, ciepłą grafiką. Mam wrażenie że autor skorzystał z niej, by jeszcze bardziej zagrać na nosie niczego nie spodziewających się graczy. Przynajmniej mnie udało mu się nabrać. Chwilę mi zajęło żeby zrozumieć, iż gra nie jest tak lekkostrawna jak jej oprawa. I o dziwo, całkiem nieźle się to łączy.

In your father’s pants.

Pasterz do zdecydowanie najciekawszy start. Spróbujcie sami :)
Pasterz do zdecydowanie najciekawszy start. Spróbujcie sami 🙂

Na początku gry dostajemy szansę wyboru, kim był nasz ojciec. I tak poczynając od Króla, przez Alchemika aż do Biedaka, mamy 6 dostępnych ekwipunków początkowych. Bo wybór ten, to właśnie oznacza. Każdy z sześciu panów ma na sobie inne odzienie i broń przy pasie, a my w spadku dostajemy owe przedmioty, by rozpocząć swojego questa zabicia złego barbarzyńcy. Nie przyzwyczajajcie się jednak zbyt szybko, bo i bronie i zbroje nie wystarczają na długo. Pancerz jest naszym hp, tylko on potrafi oddzielić nas od śmiertelnego ciosu, ale gdy już czymś oberwiemy, jedna z trzech jego części – hełm, zbroja, buty – niszczy się bezpowrotnie. Jeśli mieliśmy szczęście i znaleźliśmy po drodze dla nich zastępstwo, nasza postać automatycznie je przywdzieje. Jeśli chodzi zaś o broń, ta wytrzymuje od kilku do kilkunastu uderzeń. Po czasie możemy zauważyć na niej rysy i pęknięcia, które zwiastują nieuchronne zniszczenie. Dlatego należy korzystać z niej mądrze, a najwydajniejszym sposobem na zabijanie przyjemniaczków jest skoczenie na nich stylem znanego hydraulika. Tylko uważajcie! Jeśli nie traficie, możecie pożegnać się z życiem. Do tego wszystkiego dochodzą jajka i eliksiry, ale te pozwolę odkryć Wam osobiście. Przy okazji, dostęp do ekwipunku jest dość dziwny. Przez całą podróż towarzyszy nam wiecznie zdziwiony ptak, który zdaje się przechowywać wszystkie nasze znajdźki. W razie potrzeby zaglądamy do mini menu i wyciągamy dany olejek (bo tak nazywane tu są potionki) i ekwipunek, a ptaszysko zrzuca je nam w odpowiednie miejsce.

Podróżnik #333 słyszał już dość historii, by wiedzieć jak skończy się jego wersja
Podróżnik #333 słyszał już dość historii, by wiedzieć jak skończy się jego wersja

Na koniec o mapie.

Angvika z Castlevanią łączy jeszcze jedna cecha – poziomy. Może to w dzisiejszej dobie dziwne, ale nie są one generowane losowo. Wszystkie levele odkrywamy zawsze w tej samej kolejności, niczym nie różnią się też ich rozstawienia. Jedyne różnice między rozgrywkami występują w pojawianiu się przeciwników – ci co prawda zaczynają w tych samych miejscach, ale nie zawsze się generują.  Jednych może to zniechęcić, ale dla drugich jest to szansa na Speed running. Ilu z Was ma czasem zapędy by nauczyć się przechodzić jakąś grę jak najszybciej? Ja nie, ale mi to nie przeszkadza, przynajmniej dopóki w końcu nie pokonam bossa.

Aby jednak za szybko się nie znudziło, w grze jest również tryb Great Guy, który wybieramy zamiast jednego z sześciu ojców. Oprócz tego, że zaczniemy grę z losowym spadkiem, po jej przejściu, poziom trudności rośnie. Można to porównać do wszelkich New Game+, jednak nie zachowujemy tutaj ekwipunku, tylko z każdym kolejnym podejściem będziemy mieli więcej przeciwników do zabicia po drodze. Możliwe, że kryje się za tym coś więcej, ale to jeszcze pozostaje dla mnie tajemnicą, tak więc wracam do gry, może tym razem pokonam barbarzyńcę! Choć pewnie po drodze zginę kilka… dziesiąt razy.

ZALETY:
5
WADY: