Zderzenie z nałogiem | recenzja Papo & Yo

Papo & Yo to trójwymiarowa przygodówka z zagadkami logiczno-przestrzennymi i wyjątkową treścią, a zarazem dziewiczy krok na rynku niewielkiego studia Minority. Premiera gry odbyła się już w sierpniu zeszłego roku, ale wyłącznie na konsoli PlayStation 3. Stojący na czele zespołu Vander Caballero przyznał niedawno, że fundusze przeznaczone na produkcję nadal się nie zwróciły. To, czy indyk na siebie zarobi, zależy od sprzedaży wersji pecetowej, dostępnej obecnie na Steamie. Odpowiedzmy na pytanie, czy jest ona warta waszych pieniędzy

Indyk rozgrywa się na terenie faweli i pozwala przejąć kontrolę nad chłopcem imieniem Quico. W eksploracji środowiska pomaga nam niezawodny robot Lula, który a to unosi głównego bohatera w powietrzu, a to dociera do niedostępnych obszarów planszy, uruchamia mechanizmy i toruje dalszą drogę. Niekiedy Quico spotyka też bliżej nieokreśloną dziewczynę, pełniącą rolę przewodnika, lecz bezapelacyjnie najważniejszym towarzyszem młokosa jest różowy, przypominający nosorożca Potwór, mający bzika na punkcie trujących żab.

insidepapo&yo2-pl

I tu zaczyna się mocna strona Papo & Yo, czyli opowieść. Nie buduje jej szereg rozbudowanych dialogów, sami bohaterowie nie zostają nam wprost przedstawieni, a i tak, dzięki odpowiednio zaprojektowanej rozgrywce, wiemy, z czym mamy do czynienia. Gra kanadyjskiego Minority traktuje o chorobliwym nałogu zażywania środków odurzających, jest to zarówno osobisty manifest Caballero, jak i swoiste rozliczenie z przeszłością. Interpretowanie wydarzeń mających miejsce w Papo & Yo, mimo ponurej tematyki, stanowi niebywałe doświadczenie. Ci, którzy zmierzyli się z problemem uzależnienia w życiu prywatnym, z całą pewnością bezbłędnie odczytają głębię przekazu, a i znajdą wiele analogii.

Nie możemy mówić tu o ukrytym sensie czy drugim dnie fabuły, bo autor gry na miesiące przed premierą uzmysłowił odbiorcom, że Papo & Yo powstało z inspiracji nieprzyjemnymi wspomnieniami o uzależnionym od alkoholu ojcu i stworzonym przezeń piekle. Zresztą sam tytuł w wolnym tłumaczeniu to Tata i ja. Wspomniany wyżej Potwór jest więc i przyjacielem Quico, i ojcem Caballero lub zwyczajnie twoim krewnym czy znajomym. Domyślą się tego nawet gracze, którzy nie czytali żadnych wypowiedzi dewelopera. Na samym początku zabawy, jeszcze przed intrem, znajduje się bowiem dedykacja rozwiewająca wszelkie wątpliwości.

insidepapo&yo5-pl
W grze wykorzystujemy Potwora do przechodzenia kolejnych lokacji, natomiast w momencie, gdy bezwiednie sięga po trujące żaby, staramy się przed nim uchronić. Używka czyni go bowiem krańcowo agresywnym i skłania do brutalnego rzucania Quico na lewo i prawo. Co prawda, bezbronny chłopiec nie może umrzeć, ale sam jego krzyk jest wystarczająco dobrym sprawdzianem empatii. Zagadki przestrzenne poprzedzają sympatyczną zmianę konstrukcji świata, a warto mieć na uwadze, że kolejne to plansze w znakomitej większości odwiedzamy wtedy, kiedy nosorożec jest spokojny. Znaczy to, że życie bez używek rysuje się w jasnych barwach i otwiera przed nami nowe perspektywy.

Tego formatu interpretacje możemy snuć na całej długości gry. Transportowanie śpiącego na deskach Potwora to żmudne doprowadzanie nietrzeźwego ojca do mieszkania, zabijanie żab – chowanie lub niszczenie butelek whisky. W Papo & Yo udało się nawet umieścić sceny, wywołujące w graczu nieuzasadnione poczucie winy za krzywdy wyrządzone bliskim Quico. Jak sami więc widzicie, historia opowiedziana przez Caballero jest dojrzała i budzi specyficzne emocje. Sądzę koniec końców, że powinien zapoznać się z nią każdy, kto szuka w medium gier wideo czegoś więcej niżeli prucia ołowiem.

insidepapo&yo4-pl
To, co zasługuje na słowa uznania, leży również w projekcie lokacji. Plansze, które modyfikujemy w czasie rzeczywistym, robią ogromne wrażenie. Podobnie bajer żywcem wyjęty z Incepcji. Mamy tu też dorównujące tym z DMC: Devil May Cry malowidła ścienne (walor artystyczny), skradzione m.in. z ulic brazylijskiego Sao Paulo. Grafika z kolei znajduje się gdzieś w połowie drogi pomiędzy komiksem a filmem animowanym i w ogólnym rozrachunku prezentuje się naprawdę przyzwoicie.

Jedyny zarzut wobec wersji pecetowej Papo & Yo to spadki płynności podczas automatycznych zapisów: za każdym razem, gdy osiągałem checkpoint, gra łapała czkawkę. Osobiście wolałbym też, by miejsce akcji, czyli slumsy kojarzone zazwyczaj z biedną Ameryką Południową, lepiej uzupełniały ten bądź co bądź tragiczny obraz uzależnienia. Przekolorowane lokacje w pewnym stopniu kłócą się z powagą sytuacji. A może taki właśnie był zamysł Caballero?

insidepapo&yo3-pl
Jeżeli spojrzysz bezrefleksyjnie na treść, jaką niesie Papo & Yo, zapewne te 5 godzin potrzebnych na ukończenie gry uznasz za stracone. Po prawdzie bowiem na tle konkurencyjnych przygodówek gra Minority wypada blado. Generalnie jest też dość uboga w ramach gameplay’u i potrafi nużyć. Jeżeli jednak postaci, konkretne akcje, a przede wszystkim pałaszowanie żab i zakończenie usytuujesz  w szerszym kontekście, przeżyjesz prawdziwie dojmującą przygodę, wyciągniesz wnioski i być może otworzysz oczy na problem, z jakim zmagają się rodziny na całym świecie.

Dominik Głowacki

ZALETY:
5
WADY: