Od zera do fightera, czyli Punch Club

Nie rozumiem sportów walki. Za każdym razem, gdy oglądam jakiś pojedynek bokserski czy starcie zawodników MMA, oczy momentalnie zaczynają mi się kleić. Jakoś nie potrafię dostrzec szlachetnego piękna tych dyscyplin. Jest to dla mnie ten sam poziom rozrywki co bójki pseudokibiców, czyli żaden. Mimo to Punch Club wciągnął mnie bez reszty, choć tylko do pewnego momentu. Zacznijmy jednak od początku.

punch1

W grze wcielamy się w postać młodego wojownika, który, idąc w ślady zamordowanego przed laty ojca, zamierza poświęcić swe życie walce. Towarzyszymy naszemu bohaterowi w drodze od najsłabszego ogniwa w lokalnej lidze, do rozpoznawalnego i utytułowanego pięściarza. Oczywiście, jeśli tylko chcemy, możemy odpuścić sobie potyczki na ringu i dołączyć do ludzi biorących udział w nielegalnych starciach, gdzie stawki są większe, ale też dużo łatwiej nabawić się jakiejś paskudnej kontuzji. Niezwykle ucieszyła mnie ta możliwość poprowadzenia kariery na dwa sposoby, bo zachęca to do ponownego przejścia gry. Z czasem poznajemy też historię naszego ojca, należącego do tytułowego klubu oraz będącego w jego posiadaniu tajemniczego amuletu, który to postanawiamy odzyskać. Z kolei darmowe rozszerzenie The Dark Fist skupia się na walce, którą protagonista postanawia prowadzić z przestępcami chowającymi twarz za zwierzęcymi maskami. Sam również decyduje się na tę okoliczność ukryć swe prawdziwe oblicze i pod pseudonimem Mroczna Pięść rusza, by przywrócić pokój na ulicach swego miasta.

Fabuła może nie jest zbyt porywająca, ale też nie taka miała być. To przede wszystkim lekka historia pełna humoru i wszechobecnych nawiązań do kultury masowej. Na porządku dziennym są tu więc potyczki z oponentami pokroju Reya Maskerio czy Zangieva, podczas wizyty u naszego mentora w oczy rzuca się stojące obok stroju Raidena wyposażenie Indiany Jonesa, a w kanałach ściekowych spotkać możemy zmutowane wojownicze żół… aligatory, które wprost uwielbiają pizzę. To raptem wierzchołek góry lodowej, ale więcej już nie zdradzę, bo odkrycie tych smaczków samodzielnie sprawi Wam zdecydowanie więcej przyjemności.

punch3

Punch Club to coś pomiędzy grą menadżerską, RPG, a The Sims. Nasz wojownik ma 4 wskaźniki (zdrowie, najedzenie, szczęście i energię), o które musimy dbać niczym w hicie świętej pamięci studia Maxis, wykonując odpowiednie czynności. Niezwykle istotne jest, by utrzymywać je na jak najwyższym poziomie, bo odpowiadają one między innymi za ilość punktów życia podczas pojedynku oraz efektywność treningów. Naszym głównym przedmiotem zainteresowania stają się jednak 3 cechy: siła, zręczność, wytrzymałość. To one decydują jak skuteczna będzie nasza postać podczas starcia. Jednakże, w myśl zasady mówiącej, że co jest do wszystkiego to jest do niczego, gra skłania nas do skupienia się przede wszystkim na jednej ze statystyk. Mój wybór padł na zręczność, dzięki czemu, po wykupieniu stosownych umiejętności za zdobywane z czasem punkty, zamiatałem podłogę moimi oponentami posyłając w ich stronę zabójcze kopnięcia. Jeśli jednak ktoś chciałby być gorylem z potężnym prawym prostym albo czołgiem blokującym dużą część obrażeń, to jak najbardziej może. Decyzja należy do gracza.

punch4

Niestety, cała ta mechanika, która początkowo wessała mnie niczym odkurzacz ulubioną skarpetę, w miarę upływu godzin staje się monotonna. Dość szybko wpadamy w morderczą pętlę: praca, zakupy, trening, odpoczynek, a co kilka dni pojedynek. Z czasem robi się nieco łatwiej, bo dostajemy za lanie się po mordach tyle kasy, że bez problemu możemy za to wyżyć i skupić się tylko na pakowaniu. W późniejszym etapie dochodzi jeszcze dbanie o popularność. Ta jest niczym innym jak kolejnym wskaźnikiem, o który trzeba się troszczyć, a nie jest to łatwe, bo doba wcale nie chce się choćby odrobinę wydłużyć. Nie ma za bardzo czasu, żeby chociaż na chwilę odsapnąć, wyskoczyć z kumplem na piwo albo wpaść na pogawędkę do swojej dziewczyny, mimo iż gra daje nam możliwość zrobienia tego. Albo to ja jestem totalnie beznadziejny w organizowaniu zajęć. Z czasem ten wszechobecny w grze grind zaczyna być frustrująco męczący. Przez większą część czasu spędzonego z grą bezczynnie patrzymy jak nasza postać pracuje lub trenuje, a naszym zadaniem jest zmiana przyrządów do ćwiczeń i pilnowanie, by dzienny przyrost umiejętności był wyższy niż ich spadek, mający miejsce pod koniec każdego dnia. Niby urozmaiceniem są przerywniki fabularne, które owszem, stanowią miłą odskocznię, jednak aby się do nich doczłapać, musimy swoje wygrindować.

Cieszy, że brzmi to wszystko i wygląda więcej niż poprawnie. Oprawa graficzna to wybornej jakości piksel art, który ucieszy oczy każdego fana staroci i nie tylko. Bardzo spodobała mi się również ścieżka dźwiękowa, składająca się z wiecznie młodego stylu chiptune, jednakże mam z nią jeden zasadniczy problem: utworów jest przeraźliwie mało. Co z tego, że motyw lecący podczas klepania się po pyskach jest genialny, słyszałem go tyle razy. I tak przez całą grę – mamy po jednym kawałku do każdej okoliczności i gra odgrywa je aż do porzygu. A potem odtwarza je dalej.

punch2

Punch Club to świetny pomysł, który został przeciętnie zrealizowany. Niepotrzebnie dużo grindu i monotonia z tego wynikająca robią dużą krzywdę. Doceniam jednak fakt, że twórcy, lepiej lub gorzej, próbowali to urozmaicić wyśmienitym humorem, szeregiem nawiązań do wszystkiego co z walką związane i wprowadzanie kolejnych elementów rozgrywki. Jeśli jesteście fanami sportów, o których opowiada produkcja, to dorzućcie z pół oczka do oceny.

Mój osąd jest słuszny? A może nie znam się w ogóle i gra zasługują na wyższą lub niższą notę? Możecie przekonać się sami, wygrywając egzemplarz gry w naszym konkursie! Więcej szczegółów na naszym profilu na facebooku (klik).